Ultra Trail i City Trail on Tour

ut65Pierwotnie miał być sam wpis i relacja z biegu Ultra Trail 65km. Jednak tak długo się do tego pisania zbierałem, że postanowiłem również wspomnieć o letnim biegu City Trail. Wracając jednak do początku, najpierw relacja z biegu górskiego podczas DFBG. Decyzję o starcie w tym biegu podjąłem już na wiosnę. Chciałem się skupić na dwóch startach górskich, czyli Biegu Rzeźnika i biegu Granią Tatr. Brakowało mi jednak jakiegoś biegu uzupełniającego pomiędzy nimi i padło właśnie na Lądek Zdrój.

Nie wiem do końca czy to była dobra decyzja żeby startować w tym biegu, ale jak już decyzja padła to trzeba było biec :). Nie będę ukrywał, że po udanym Biegu Rzeźnika miałem apetyt na jak najlepsze miejsce. Dwa tygodnie przed startem pojechałem na 3 dni w Złote Góry, żeby poznać teren i bardzo się rozczarowałem ile jest płaskich odcinków na trasie. Wiedziałem, że nie do końca jest to trasa która mi leży. Jednak uważam siebie za uniwersalnego biegacza i nie ma złych tras tylko słabe przygotowanie. Na liście startowej widziałem kilka znajomych nazwisk, ale nie było ich za wiele. Startował też Szmajchel, kolega i były trener. Wcześniej umówiliśmy się na wspólny początek biegu i tak też zrobiliśmy. Początek asfaltową drogą w górę, gdzie wyszliśmy na przód biegu, ale po około kilometrze po skręcie w szlak zaczęli nas wyprzedzać jeden za drugim. Kurde, czy wszyscy są tacy mocni, czy my za wolno zaczynamy? Spokojnie biegniemy swoje i czas pokaże co się wydarzy ,w końcu to 65 km. ut_2Staramy się nawzajem kontrolować, żeby się nie podpalić, co mogłoby mieć w późniejszym czasie złe skutki. Tak dobiegamy do pierwszego punktu, nie mamy potrzeby uzupełnić bidonów i biegniemy dalej. Znając trasę wiedziałem, że po zbiegu zacznie się asfaltowa droga, która przejdzie w drogę szutrową. I tak kilka kilometrów delikatnego podbiegu. Tutaj zaczynam delikatnie czuć, że nie dam rady wytrzymać tak długiego podbiegu. Ale jakoś udaje się dotrwać do skrętu na szlak i do chyba najbardziej stromego podejścia na szczyt Czernicy. Następnie krótki zbieg szlakiem i naszym oczom ukazała się droga asfaltowa. Kurde, z najwyższego szczytu zbiegamy asfaltem, no nie, to jakiś koszmar. Tempo 4:10/km i zaczynamy klepać w dół. Po jakimś czasie wpadamy na szutrówkę, później na szlak i już do Starego Gierłatowa. Tutaj kolejny punkt odżywczy, napełniam bidon, bo już się zaczyna robić ciepło. Zaczynam czuć, że cała czołówka mi już uciekła i bieg nie układa się po mojej myśli. Szmajchel zaczyna mi uciekać, wyprzedza mnie kolejny zawodnik i zaczynam łapać doła „kurde, nie tak miał ten bieg wyglądać”. ut_trasaPrzed Rozdrożem Zamkowym, miejscem, w którym byliśmy jakieś dwadzieścia kilka kilometrów wcześniej na płaskiej drodze przechodzę w marsz i dzwonię do Ani. Mówię jej, że chcę zejść z trasy i ten bieg nie ma sensu. Szybko dostaję odpowiedź, że nie po to trenuję i jeżdżę w góry, żeby teraz odpuszczać. Mam biec dalej i nie marudzić. Dosłownie kilka sekund po rozmowie dogania mnie trzyosobowa grupka biegaczy. Pytają, czy wszystko ok. Mówię, że ogólnie tak, ale bieg coś się nie układa. Zabieram się z nimi i biegniemy już razem. Po jakimś czasu delikatnie się rozrywamy, ja biegnę z chłopakiem z Krakowa i w tym miejscu chciałbym mu bardzo podziękować. Dałeś mi chłopie sporego kopa energii, mówiąc, że dopilnujesz żebym nie zszedł z trasy. Dobiegamy do Przełęczy Lądeckiej gdzie jest kolejny punkt, jest to chyba 31 km i zajmuje 12 pozycję. Ale już mnie to jakoś nie rusza i postanawiam biec swoje. Zaczyna się według mnie najfajniejszy moment biegu przez Borówkową górę w stronę Złotego Stoku. Z punktu wybiegam już sam, bardzo szybko doganiam kolejnego zawodnika, biegnę, a raczej podchodzę z nim chwilę i ruszam dalej. Kawałek za Borówkową, na zbiegu, wyprzedzam kolejną osobę, zbieg biegnę jak natchniony, uwielbiam to. Następnie podejście, doganiam znowu kolejną osobę, idziemy chwilę razem. Kiedy zaczyna się zbieg już jestem znowu sam. Cały czas już w dół, aż do kolejnego punktu w Złotym Stoku. Tutaj wpadam już na 8 pozycji, na punkcie spotykam Pigmeja, kolegę z Krakowa, który oznaczał trasę. Kilka zdań wymieniamy po czym patrzę, a na punkcie stoi również Szmajchel. Zdziwiłem się bardzo, zaczyna coś przebąkiwać, że ma dosyć i chce odpuścić, mówię żeby dał spokój i biegniemy dalej. Razem zaczynamy pokonywać kolejny etap, niestety znowu droga w górę i nie ma do końca siły podbiegać, ale jakoś sobie radzimy. Jak ja nie lubię takich momentów, kocham podejścia, ale nie takie nie wiadomo co… niestety taka trasa i takie góry. Z czasem czuję, że Szmajchel odpuszcza i zaczynają go łapać skurcze. Ja kontynuuję dalej w swoim tempie i w końcu docieram na Jawornik. ut_1Zaczynam zbieg, na początku jest ok, ale z czasem to chyba najtrudniejszy moment biegu. Cierpię szczególnie na odcinku gdzie kończy się szlak, a zaczyna droga gdzie zwożą drewno. Jest strasznie nierówno, źle się zbiega, ale nie odpuszczam. Tutaj też zaczynają się pojawiać biegacze z trasy KBL. Zaczynam co jakiś czas ich wyprzedzać. Końcówka do Orłowca to duża męka, ale znam ten odcinek i wiem, że już za chwilę punkt. Napełniam bidony, przemywam głowę wodą z wiadra, już pogoda daje też się mocno we znaki. Zaczynam ostatni etap mogę i śmiało stwierdzić, że najsłabszy ze wszystkich. Znowu droga szutrowa i delikatnie w górę. Walczę, biegnę i idę na zmianę, wyznaczam sobie punkty, do których staram się biec. W oddali widzę zawodnika chyba z mojej trasy, doganiam go, okazuje się być to Litwin, który mijał nas w pierwszej części trasy na podejściu jak małe dzieci. Teraz on płynie i nie za bardzo chyba wie co się dzieje. Pytam czy wszystko ok, czy coś pomóc, ale nie za bardzo był z nim kontakt. Wcześniej dostałem od Ani sms-a, że jestem drugi w kategorii, teraz już wiem, że awansuję na pierwsze miejsce. Zawsze coś, chociaż sobie wygram kategorię :), ale biec trzeba dalej. Dostaję mały zastrzyk mocy i zaczynam trochę podkręcać tempo. Ale wiem, że mam już dosyć, zaczyna się zbieg najpierw droga szutrowa, ale wiem, że końcówka to 3-4 km asfaltu. W oddali widzę znajomą koszulkę z początku biegu. Ale nie podpalam się, biegnę swoje. Z czasem zaczyna być coraz bliżej. W międzyczasie mija nas czołówka biegaczy z półmaratonu. Najpierw Miłosz, a za nim biegacz z kraju Basków. Chłopaki lecą mocno. Ja przed asfaltem doganiam jak się okazuje Błażeja poznanego rok wcześniej na jakimś biegu. On pyta czy biegnę półmaraton. I w tym momencie przegrałem sam z sobą walkę o czwarte miejsce, a może po prostu nie chciałem się zmusić do jeszcze większej walki i cierpienia. Odpowiadam że nie, biegnę tan sam dystans co on. Myślę, że był przekonany, że nikt go nie goni, ale widziałem po jego oczach, że jemu bardziej zależy na tej wygranej. Zaczynamy klepać asfalt, nogi już bolą strasznie, ale chcę dotrwać do końca. Błażej delikatnie mi ucieka. Wiem, że mogę walczyć, ale nie radzę sobie i odpuszczam. Dobiegam kilkadziesiąt sekund za nim i kończę bieg na 5 miejscu,  a na pocieszenie zostaje mi wygrana w kategorii wiekowej. ut_3Podsumowując, przegrałem dużo w tym biegu w głowie oraz moim nastawieniu. Wiem po tym starcie, że w biegach ultra trzeba walczyć do końca i nie poddawać się za szybko, bo dużo może się wydarzyć na trasie która ma 60, 80 czy nawet więcej kilometrów. Kolejne cenne doświadczenie w mojej krótkiej przygodzie z bieganiem, zwłaszcza tym długim.

Miejsce open 5/118 miejsce w kategorii wiekowej 1/24

Jeszcze kilka słów o CiytTrail on Tour, przystanek oczywiście Poznań. To pojedyńcze zawody nawiązujące do zimowego cyklu. Organizowane przez moich znajomych, między innymi wspominanego wcześniej Szmajchela, z którym biegliśmy razem w Lądku :). Dla odmiany zupełnie inny dystans, bo 5 km. Potrzebowałem przed kolejnym wyjazdem w góry jakiegoś startu bardziej dynamicznego, biegu, gdzie biegnie się mocnym tempem no i przede wszystkim się biegnie. Poza tym spotkanie ze znajomymi w nowym dla mnie biegowym miejscu jakim był lasek Marceliński. Trasa oczywiście crossowo-przełajowa dawała pewność udanego biegu. Wiedziałem, że nie będzie to tempo na miarę najlepszych wyników na tym dystansie, ale swoje założenie na ten bieg maiłem. Chociaż stojąc na linii startu nie do końca miałem w sobie ducha rywalizacji. I tak w sumie pierwszy kilometr pokonałem kontrolując swoich rywali, zwłaszcza tych z kategorii wiekowej, czyli Piotrka i Przemka. A tempo biegu najwolniejsze nie było, bo oscylowało w tempie 3:20/km. cityontour_1Po minięciu tabliczki z oznaczenie pierwszego kilometra, delikatnie wyprzedziłem Piotrka. Wiedziałem, że Piotrek łatwo się nie podda i będzie cisnął mocno za mną. Trasa była mega fajna, przebiegała wąskimi ścieżkami lasku, a wiszące taśmy z drzew dawały prawie klimat górskiego biegu. W okolicy chyba drugiego kilometra, ku zdziwieniu wszystkich, na drodze pojawiło się leżące drzewo. Ale nie takie, które można przeskoczyć, trzeba było zwolnić praktycznie do zera i przejść pod gałęziami. Naprawdę fajna przeszkoda, mam nadzieję, że nikt nic sobie nie zrobił. Biegniemy dalej, ja kontroluję tempo, które już delikatnie spadło. Mam przed sobą kolegę Adriana, widzę, że zaczyna delikatnie mówiąc, słabnąć. Wiem, że to jeszcze nie ten moment żeby zaatakować. Przed czwartym kilometrem jest podbieg i zaraz zbieg. Po zbiegu skręt z lewo i ostatni kilometr, teraz wiem, że mogę atakować. Wyprzedzam Adriana i biegnę do mety, delikatnie podkręcam tempo, żeby mieć pewność, że nikt już mnie nie dogoni. Przed sobą nie widzę nikogo. Wpadam na metę i co się okazuje? Kopiuję miejsca z ostatniego biegu, czyli zajmuję 5 miejsce i wygrywam kategorię wiekową. Cieszę się, że nie pobiegłem na full i udało się w miarę kontrolować bieg.cityontour_2Był to fajny szybki bieg, chociaż czas nie porywa, bo zaledwie 17:44, ale po biegu na 65 km na pewno tempo szybsze :). Na drugi dzień pojechałem na 3 dni w Karkonosze, dalej przegotowywać się i szlifować formę do biegu Granią Tatr. Fajnie było spotkać się ze znajomymi, ekipą City Trail i poznać wcześniej nie odwiedzany lasek Marceliński.

Miejsce open 5/384 miejsce w kategorii wiekowej 1/39

Zdjęcia Łukasz Buszka, Robert Zabel

Podoba się Tobie ten wpis, Prześlij znajomym!