Tatry nie wybaczają

gran_logoKiedy dostałem informację, że zostałem zakwalifikowany do 2 edycji Biegu Ultra Granią Tatr, założyłem sobie, że po Biegu Rzeźnika będzie to mój następny bardzo ważny start. Teraz już wiem, że podszedłem do niego trochę z ignorancją. Tak samo jak przed pierwszą edycją tak i teraz nie pojechałem na żaden trening w Tatry i to się bardzo zemściło. Trening w Karkonoszach niestety wypada blado przy treningu w Tatrach. Ale może przejdę do samego biegu i tego co się wydarzyło na trasie:).

Pobudka o 2:40, szybkie śniadanie, czarna kawa i 2 kanapki z masłem orzechowym. Sprawdzenie czy wszystko jest w plecaku i w kierunek Siwej Polany. Dzięki uprzejmości Andrzeja mogłem dotrzeć tam samochodem. Około 20 minut przed startem krótka przebieżka i wchodzę do strefy startowej. Początek biegu to około 8 km dobiegówki Doliną Chochołowską. Biegnę dosyć swobodnie za sporą grupą biegaczy, wiem, że na takiej drodze można się mocno podpalić, a tego bardzo nie chcę. gran_radoslaw_denisiukOd schroniska zaczyna się podejście, czyli jednym słowem zaczynam swoją drugą przygodę w Tatrach. W głowie myśli jak to będzie, ile mój poziom biegowy, a raczej poruszania się po górach, różni się od tego, z przed dwóch lat. Od tamtego czasu przed wszystkim trenowałem w górach, ale jak już wcześniej wspomniałem, ani razu w Tatrach. Są obawy, ale kto ich nie ma w na takim biegu ten jest ignorantem. Początek spokojny, staram się nie podpalać, biegnę swoje. Co jakiś czas są małe roszady między biegaczami. Pierwszy zbieg z Wołowca i czuję, że nogi jakoś nie niosą. Ok pewnie z czasem się rozkręcą. Na podejściu pod Jarząbczy Wierch czuję też, jakby mi brakowało mocy i pary. Przecież podejścia są moją mocną stroną, a tutaj pierwsza ściana i już ciężko się podchodzi. A takich podejść jest jeszcze kilka. O zbiegach już nie wspominam, na kamienistym, miejscami sypkim podłożu moje nogi zaczynają się gubić. Ja pierniczę przez 2 lata przykładałem się do zbiegów, w Bieszczadach czy Karkonoszach wydawało mi się, że jestem mocny. Tutaj w Tatrach zbiegam jak małe dziecko, a to dopiero początek trasy. gran_piotr_dymusNo cóż zrobić trzeba dalej biec, kolejne mocne podejście tym razem pod Starobociański Wierch daje popalić. Idę w grupie, jest na pewno łatwiej, ale na zbiegu znowu jest dramat. Wiem, że najdłuższy zbieg na tym etapie jest jeszcze przede mną. Mowa oczywiście o zbiegu z Ornaka do schroniska, skalne schody i kamienie do samego dołu, pokazują kto tu rządzi. Zaliczam pierwsze upadki i to takie naprawdę pokraczne, nogi mnie nie słuchają. Przyznam się, że sporo myśli krąży w mojej głowie, oczywiście pojawiają się też i te złe, namawiające mnie, żeby już zrezygnował z biegu. Mam jeszcze tyle cierpieć, po co mi to. Nie, nie, bez jaj, nie na tym etapie biegu, nie, nie!!!

Na pierwszy punkt przy schronisku Ornak wpadam z czasem 3:48:15 czyli tak jak zakładałem, tylko nie sądziłem, że stracę tyle energii na ten etap. Na punkcie jest maga atmosfera, same znajome twarze, cała ekipa City Trail. Benek uzupełnia mi bidony, Robert podaje kolejna dwa i butelkę z colą. Każdy pyta jak jest, aż się nie chce biec dalej. A przecież trzeba walczyć…gran_jako_h_aZ punktu wychodzę z innym biegaczem, rozmawiamy chwilę, wymieniamy swoje spostrzeżenia z pierwszego etapu. Ile mogę, podbiegam. Zaczyna się chyba najdłuższe podejście na tej trasie na początku pod Chudą Przełęczkę, a następnie na Ciemniak. Początek podejścia znoszę bardzo źle, pożeram kolejny żel i popijam colą. To chyba już mój czwarty żel, na pierwszym etapie pożarłem już trzy. Po kilkunastu minutach czuję, że jest ok, zaczynam się rozkręcać. Doganiają nas kolejne dwie osoby, idziemy w grupie czerto lub pięcio osobowej, jest ok. Na Chudej Przełęczce spotykam Ksawerego, Paulinę i Grześka – ekipę z Poznania, która obstawia punkt. Grzesiek chwilę idzie ze mną pyta co i jak, daje małe wsparcie. Od Ciemniaka do Kasprowego biegnie mi się dosyć dobrze, cierpię, ale jest znośnie. W głowie jednak myśli o kolejnych etapach, cały czas wojna i walka. Ale jest sporo kibiców, naprawę widać zaangażowanie u wielu turystów nie wspominając o biegaczach którzy są na całym praktycznie tym etapie. Przed Kasprowym spotykam Japcoka robi mi zdjęcie, daje kolejnego strzała energii i biegnę dalej. Zaczyna się zbieg do Murowańca, jest sporo turystów, ale bardzo ładnie się usuwają z trasy. Zbieg nie jest łatwy, ale jakoś daję radę. Przed schroniskiem sporo ludzi, duże wsparcie, naprawdę czad. Przed punktem widzę moje Anie, jest też Andrzej i Łukasz.

Na punkt wpadam z czasem 6:41:18 i tak samo jak na Ornaku na 17 pozycji. Delikatnie poniżej założenia, ale dosłownie o minuty. Krótka wymiana zdań rodziną i chłopakami, opowiadam, że nie jest łatwo i walka trwa od początku. Oddaję jeden bidon, zabieram kolejne żele od Andrzeja. Szybko uzupełniam tez płyny, piję colę i herbatę i pełen energii wybiegam dalej. I tutaj poza energią byłem chyba jeszcze w amoku, nie zauważam skrętu na zółty szlak, może dlatego, że nie ma tam nikogo.gran_adam_kokot Biegnę cały czas czarnym w dół, nogi ładnie się kręcą, ale po jakiś 800-1000 metrów turyści mówią mi że chyba wszyscy skręcali tam u góry. O ja cię kręcę, co za wtopa. Delikatnie skrzydełka opadają i zaczynam wracać pod górkę. Jest faktycznie skręt, tam spotykam raz jeszcze Łukasza, który widząc mnie robi bardzo zdziwioną minę. Trudno mi teraz stwierdzić ile straciłem, ale wydaje mi się że około 10 minut (tyle pokazał też ślad GPS który otrzymałem od organizatorów). I na pewno kilka pozycji w dół. Ale jest, wbiegam już we właściwy szlak, i już po chwili wyprzedzam przed mostkiem zawodnika. Po kilkuset metrów udaje się dogonić kolejnego, ale tutaj uczepiam się za jego plecami. Zaczynamy rozmawiać, okazuje się, że mamy wspólnych znajomych. Nie znam imienia, ale kojarzę że kolega był z Sopotu. I tak razem dosyć sprawnie pokonujemy drogę podnóża Przełęczy Krzyżne. Po drodze wyprzedzając chyba z 3 osoby. Pamiętam jak dwa lata temu na tym odcinku cierpiałem i jaki miałem mega kryzys. Pamiętam, że musiałem się położyć na 15 min, bo nie byłem w stanie dalej kontynuować biegu. Teraz tan odcinek mimo mojej wcześniejszej pomyłki mija dosyć sprawnie. Zaczyna się podejście pod Krzyżne, i zaczynam sobie przypominać jak to wówczas było, jak jest stromo i jak nogi już są zmęczone. Ale udaje się pokonać to podejście na raz. Pod koniec doganiamy kolejna osobę, ale też i my jesteśmy dogonieni. Przed samym szczytem zaczyna grzmieć i padać, na początku delikatnie, ale z czasem coraz bardziej. Kiedy zaczynamy zbieg, następuje oberwanie chmury. Zaczynają delikatnie mi uciekać chłopaki. A ja zaczynam walczyć ze zbiegiem, a raczej zejściem. To chyba ten odcinek zaważył na finalnym czasie i miejscu, tutaj straciłem najwięcej. Nie umiem sobie wytłumaczyć co się stało, ale na tych mokrych śliskich kamieniach nie daję sobie rady. Gleba za glebą, zaczynam naprawdę wolno i zapobiegawczo schodzić, bo raczej zbiegiem bym tego nie nazwał. Na szczęście poza obtarciami i stłuczeniem kostki nic złego się nie dziej. Mam natomiast ochotę płakać nad moją nieporadnością. Nie wiem czy to wina butów, czy moje nogi są jakieś z drewna. Na pewno brak treningu w takich warunkach, nie można tak ignorować takich gór.gran_jabcok Kara za brak treningu w tym miejscu, teraz już wiem, że kolejny bieg na tej trasie bez treningów w tym miejscu nie przejdzie. Ogólnie cały zbieg do doliny Pięciu Stawów idzie raczej topornie, śliskie kamienie i drewniane nogi nie współgrają. Najbardziej martwi mnie to, że mięśniowo jest ok, a jednak coś nie tak. Od schroniska zaczyna być bardzo tłoczno, a wiem, że do Wodogrzmotów Mickiewicza kawałek drogi, cała dolina Roztoki. Turystów jest naprawdę mnóstwo, ja nie mam siły cały czas przepraszać żeby mnie przepuszczali. Dodatkowo na Przełęczy Krzyżne założyłem ortalion i nie widać mi numeru. Część myśli że jestem jakimś typem co zamiast schodzić świruje i zbiega. Ale w połowie zbiegu spotykam dwóch chłopaków którzy robią trening i czekają na kolegę który też startuje. Okazuje się, że kolega coś zaniemógł, i planuje zakończyć bieg w Murowańcu. Postanawiają, że mi potowarzyszą i zbiegną ze mną do punktu odżywczego. Około kilometr przed punktem na Wodogrzmotach dogania mnie kolega który towarzyszył mi za Ornakiem. Jak się później okazało też pobiegł za daleko, ale na asfaltówce za Wodogrzmotami, bo wolontariusz poszedł za potrzebą i przebiegł skręt na szlak. Hurra nie tylko ja jestem takim oszołomem, są też inni. Na punkcie uzupełniam bidony, piję kubek coli, dowiaduję się, że do mety jest 14 km. Patrzę na zegarek mam dwie godziny na złamanie założonego czasu. Wbiegam w szlak po kilku metrach widzę, że za mną są dwie lub trzy osoby. Trudno, jedynie mnie wyprzedzą, nie mam już siły walczyć. Jednak siły z czasem się pojawiają. Ten odcinek jest dla mnie tzw. odcinkiem na dobicie, jest w sumie mocno biegowy, ale nie już na tym etapie. Jak w nogach ma się prawie całe Tatry.gran_magdalena_stawiszynskaPo pokonaniu około 2 km mijam wolontariusza, pytam ile do mety i słyszę 14,5 km. Jak to na punkcie mówili 14 km. (z Wodogrzmotów do mety było 17 km)  No to dupa, nie dam rady, nie mam siły i mocy.  No ok, ale biec trzeba, czas czasem, ale czym szybciej będę pokonywał trasę mniej będę cierpiał. Po jakimś czasie poczułem, że chłopaki za mną gdzieś zostały w tyle. Kurde ile na tym odcinku jest nierówno ułożonych kamieni, jak mnie bolą już stopy. Szczególnie prawa i chyba mam pęcherz pod dużym palcem, każdy krok na ostry kamień boli mocno. Przed Polaną Kopieniec spotykam kolegę z Zakopanego Marcina, klepie mnie w plecy i mówi dawaj Słonik to już końcówka. Dlaczego ta końcówka jest tak długa. Chyba ostatnie z większych podejść i teraz widzę tych co mnie gonią od kilku kilometrów. Muszę walczyć, przecież oni też cierpią. Za podejściem płaski odcinek, nie mogę się zebrać do biegu. Walczę w końcu nogi zaskakują, delikatny zbieg, chłopaki zostają. To już naprawdę chyba końcówka. Jest ostatni zbieg do Kuźnic. Są turyści, dopingują, jestem w Kuźnicach, zaczynam ostatnie może dwa kilometry asfaltem w dół do ronda. Jestem zdziwiony nogi niosą, pytam turystów czy mam kogoś za plecami, mówią, że nie. Ale i tak podkręcam tempo. Na końcówkę wybiega Robert, Szmajchel i Justyna, dają mi wsparcie, biegniemy po 4:30, jest ostatni skręt i upragniona meta. Niestety zabrakło determinacji i walki z czasem. Wiem natomiast jedno – Tatry nie wybaczają.

Meta – upragniony moment każdego biegu, właśnie został osiągnięty. Ciężko opisać co dzieje się w głowie i ciele podczas takiego „zwiedzania” Tatr. Każdy ma własną walkę, swoją wojnę, i swoje cele. Moim celem było dobiegnięcie poniżej 12 godzin i zajęcie miejsca w 20, wyszło 12:02:53 i 22 miejsce, a w kategorii masters 5. Nie będę zwalał winy na pomyłkę przy Murowańcu, bo było by to za łatwe. Wina leży raczej w przygotowaniu z naciskiem na brak treningu w Tatrach. Od ostatniego biegu Granią Tatr, mój czas poprawił się o 1:20, i moje doświadczenie z górami delikatnie poszło w górę, ale sporo jeszcze mam przed sobą. Wiem, że czas w okolicy 11:30-11:40 był do osiągnięcia, ale zabrakło pewnie tych dni w Tatrach i może lepszego dnia. Jestem jednak zadowolony, że mimo tylu kryzysów nie poddałem się i biegłem dalej. gran_meta_jabcokgtNa pewno na to największy wpływ miały moje ukochane dziewczyny Ania i Ania jr. które czekały na mecie. Bo najwspanialsze jest jak rodzina wspiera twoją pasję. Bardzo wam dziękuję i mocno kocham. Dziękuję również Andrzejowi za pomoc, Robertowi, całemu teamowi City Trail, wszystkim którzy śledzili mój bieg. Radkowi z Buff Polska za wsparcie mojego startu oraz pozostały partnerom ZmianyZmiany za naturalną energię z waszych batonów, Squezzy za żele, te do picia idealne na końcówkę takiego biegu, 98clothing za wygodne ciuszki po bieganiu, i oczywiście mojemu przyjacielowi z Zakopanemu Rafałowi i całej jego rodzinie za gościnę za każdym razem jak jestem tutaj. Oraz chłopakom z FreeWay-GoPro Polska za możliwość stabilizacji życiowej. A jak zdrowie i forma pozwolą wrócę tutaj i rozprawię się z tymi górami…

foto: Rafał Jabłoński, Piotr Dymus, Adam Kokot, Radosław Denisiuk, Magdalena Stawiszyńska, Jako H-a

Podoba się Tobie ten wpis, Prześlij znajomym!