Tak przebiegłem 2018 rok

Muszę się przyznać, że w ostatnim czasie mocno odpuściłem relacje z moich startów. Za każdym razem miałem w głowie ułożone co chcę napisać, ale też za każdym razem nic z tego nie wychodziło. Powód prosty, brak czasu lub brak sił po całodniowych obowiązkach, czyli klasyczna wymówka. Postanowiłem jednak się zebrać w sobie i napisać kilka słów na temat mojego 2018 roku biegowego. Było jak zawsze trochę radochy na mecie i też trochę rozczarowania, ale chyba jednak więcej radochy.

zdjęcie Marek Ogień

zdjęcie Marek Ogień

Nie chcę się rozpisywać o każdym starcie, więc napiszę tylko o tych najfajniejszych dla mnie i pokrótce też wspomnę o biegach, które miały na pewno wpływ na całość. Odpuściłem start zimowy, jakoś nie miałem motywacji do ścigania się w śniegu. Pierwsze zawody był startem ulicznym, chyba po 3 latach wróciłem do stolicy powalczyć w półmaratonie. Wynik na mecie słabszy od życiówki o 12 sekund, można by pewnie powalczyć o leszy czas, ale ten bieg od początku miał być małym doświadczeniem dla mojego organizmu. Postanowiłem przebiec cały dystans nie spoglądając na zegarek, a tempo biegu. Wyznaczyłem sobie cztery miejsca kiedy spojrzę na zegarek, a dokładnie międzyczasy co 5 km, reszta to słuchanie swojego organizmu. Wiem, że nie jest to schemat na robienie życiówek, ale jest to ciekawe doświadczenie. Ostatecznie wynik na mecie nie był powodem do płaczu, ale nie byłbym sobą jakbym na napisał, że można było troszeczkę szybciej…:), ale zawsze po biegu łatwo tak napisać, to też piszę….

Ok czas na góry, jakby nie było, to tu szukałem swojej realizacji i tu miałem swoje cele i założenia. Pierwszym startem i wyjazdem w góry była Kotlina Kłodzkia i start w Sztafecie Górskiej, pierwszej tego typu imprezie w naszym kraju. Kiedy dowiedziałem się, że będzie taki bieg postanowiłem zorganizować sztafetę biegaczy wege i pościgać się o jakieś fajne miejsce. Niestety osobom, którym to zaproponowałem nie do końca pasowało i skończyło się na samym pomyśle. Chwilę później dostałem propozycję i zaproszenie do startu z ekipą City Trail – takim zaproszeniom się nie odmawia. Szybko ustaliliśmy kolejność, ja wystartowałem na pierwszej zmianie, Szmajchel na drugiej, a Justynie przypadła ostatnia, trzecia zmiana.

zdjęcie Piotr Oleszak

Co tu dużo pisać, sam bieg jak dla mnie był raczej słaby i nie mogę uznać go za udany. Od początku biegło się ciężko i nie było lekkości w nogach, dodatkowo pomyłka i trzeba było nadrobić 1,6 km, co oczywiście przełożyło się na miejsce, na którym dobiegłem na koniec swojej zmiany. No dupa ze mnie, ale co zrobić, jak nie idzie to nie idzie. W każdym razie Szmajchel i Justyna powalczyli na swoich zmianach i mimo mojej nieporadności zakończyliśmy rywalizację na 10 miejscu i wygraliśmy klasyfikację w drużynach mieszanych, co oczywiście było cichym celem przed startem. Po tej przygodzie drużynowej nadszedł czas na starty indywidualne.

Po nieudanym starcie w 2017 roku postanowiłem wrócić do Szczawnicy. W tym roku pogoda już wiosenna a sama Szczawnica, jaki i okolice piękne, zupełnie inne wrażenia niż rok wcześniej kiedy poległem na dystansie 43 km, więc postanowiłem wybrać dystans dłuższy, 64 km, czyli Dziki Groń. Dlaczego właśnie ten? Dystans miał być dłuższy za karę, za to, że rok wcześniej w połowie zszedłem z trasy. Założenie na bieg bardzo proste, co by się nie działo mam dobiec do mety, nie ma żadnych wymówek. W Szczawnicy sporo znajomych, mega fajna atmosfera i bardzo fajna pogoda, no może trochę za ciepło, ale szlaki idealnie suche i szybkie. Na moim dystansie kilka znajomych nazwisk, widziałem też, że nie mam się co wychylać przed szereg. Sobota godzina 6 rano start, początek po asfalcie, biegnę swobodnie, ale jednak na początku stawki. Zaczyna się pierwsze podejście, a w sumie cały czas podbieg, jedna osoba mocno wyrywa do przodu, ja w towarzystwie jednego chłopaka biegnę swoje z nogi na nogę. Staram się, żeby tempo było w miarę komfortowe, ale też, żeby nie było za lekko.

zdjęcie Jacek Deneka

Na pierwszy punkt na Przechybie wbiegam jako druga osoba, nie wiem kto i ile jest za mną, nie myśle o tym, wiem że teraz długi i mocy zbieg do Rytra. Robię swoje, w Rytrze cały czas jestem drugi, i mocno biegnę dalej, mocno, bo nogi są tak lekkie, że jestem w szoku. Udaje mi się nie pomylić nigdzie trasy, to naprawdę dobrze. Zaczynam długi betonowy podbieg, w pewnym momencie widzę po przekątnej, że ktoś mocno mnie goni. Myślę sobie, to w końcu bieg, nikt nie mówił, że będę zawsze sam. Po jakimś czasie biegniemy już razem, Maurycy który mnie dogonił to ten chłopak, który tak mocno odskoczył na początku i za punktem w Rytrze pomylił trasę. Zaczynamy wspólne podejście pod Niemcową, trochę rozmawiamy, ale jednak skupiamy się na przyzwoitym tempie. Z Niemcowej szybki wspólny zbieg, kawałek asfaltu i znowu w górę, tym razem na Eliaszówkę. Przed podbiegiem mówię do Maurycego, że muszę uzupełnić wodę ze strumyka, bo czeka nas długie podejście. Razem tankujemy z naturalnego źródła. Nie wiem jak to się ma do regulaminu, ale chyba taka opcja jest dozwolona:). Zaczynam walkę ze podbiegiem, na początku podbiegam ile mogę, Maurycy zostaje z tyłu, ja robię swoje, wpadam w miejsce gdzie trasa łączy się z dystansem Wielkiej Prehyby, zaczyna się spora zadyma, jest tu wielu biegaczy. Teraz muszę zbiec do punktu na Obidzy, wiem że jestem pierwszy, ale nie wiem ile mam przewagi. Po zatankowaniu na punkcie zaczyna się podbieg, widzę tych, którzy zbiegają dopiero do punktu, widzę swoją przewagę na kolejnymi biegaczami, nie jest jakaś duża, ale też nie depczą mi po piętach. Wiem, że teraz zaczyna się najtrudniejszy moment biegu, zaczyna boleć i trzeba zacisnąć pośladki, ale jest dobrze, jest motywacja i chcę walczyć. Na trasie dużo zawodników, tych z dystansu Wielka Prehyba i teraz już tych z Chudej Durbaszki. Na trasie spotykam Szmajchela, który rezygnuje ze swojego biegu, kawałek lecimy razem, ale po chwili gdzieś mi znika. Docieram do okolic Wysokiej, dzień wcześniej byliśmy tam na spacerze. Jest, dobiegam do ostatniego punktu pod Durbaszką, tutaj full serwis, Ania uzupełnia mi bidony a na wyjściu z punktu Piotr robi mi kilka zdjęć.

zdjęcie Piotr Oleszak

Zaczyna się ostatni fragment biegu, trasa mocno pofałdowana, krótkie podbiegi i krótkie zbiegi, nie mam już za wiele sił. Po drodze spotykam kilka znajomych twarzy, otrzymuję od nich wsparcie. Udaje się jakość przetrwać, jest ostatnie podejście i wiem, że teraz już tylko w dół, w czwartek byłem tutaj na rozruchu i jestem świadomy co mnie czeka. Końcówka mocno w błocie, cały bieg suche buty, a tu na ostatnim zbiegu błoto…,, ale już nie myśle o tym. Naprzeciwko wybiega Krzysiek, pytam go czy ktoś jest za mną, mówi że nie ma nikogo. Dobiegłem do asfaltu i tu już ile fabryka pozwoliła dokulałem się do mety. Na mecie jest już spory tłum biegaczy z innych dystansów. Są brawa i jest radocha, udało się odegrać i pokazać sobie, że zejście z trasy a później powrót w te same strony nie musi być porażką. Jeszcze jedno o czym warto wspomnieć, to bardzo fajna organizacja biegów w Szczawnicy, mega klimatyczne zakończenie i dekoracja. To są takie momenty, gdzie mimo tego, że nie uważam siebie za dobrego i szybkiego biegacza, to przez ten jednen moment robi mi się miło i całkiem fajnie się czuję. Jest tak pewnie dlatego, że otaczają mnie fajnie ludzie, a klimat na takich imprezach jest naprawdę zaje fajny.

Szukałem kolejnego biegu, nie chciałem żeby był to długi dystans, raczej coś do 50 km. Miało być to mocne przetarcie przed Biegiem Rzeźnika. Padło na start w Beskidzkim Toporze na dystansie 43 km. Dlaczego? Chyba były dwa powody. Jeden to taki, że nigdy nie byłem w tych okolicach, nie znam Beskidu Małego, a drugi to bardzo oryginalne puchary, a raczej topory:). Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że nie będzie łatwo taki topór wygrać, ale zawsze jest nadzieja. Kompletnie nie wiedziałem czego się spodziewać po trasie, jedyne co wiedziałem, to to, że trasa jest stosunkowo płaska. Po starcie szybko uformowała się grupa biegaczy, którzy mieli tak jak ja ochotę na topór. Na podbiegach nie szło za dobrze, chłopaki mi uciekali, ale na zbiegach, o dziwo była moc i szybko ich doganiałem. Na punkt odżywczy w Chobocie wpadłem na piątym miejscu, tutaj jednak okazało się, że jeden chłopak rezygnuje z powodu kontuzji. Ruszyłem jedno miejsce wyżej, ale po kilkuset metrach wyprzedził mnie Kamil i znowu byłem piąty. Zaczyna się długi podbieg, nie radzę sobie na nim, uciekają mi mocno. Mam już sporo głupich myśli, ale staram się z nimi walczyć. Docieram do punktu na Leskowcu, jest to około 15 km do mety.

zdjęcie Michał Złotkowski

Tam doganiam dwie osoby, postanawiam zaatakować i ich wyprzedzić, nie wiem jak to się stało, ale nagle zaczynam wszystko podbiegać, nogi ciągną do przodu. Jest iskierka nadzieji na dobre miejsce, ale co najważniejsze jest walka. Zaczyna się ostatni zbieg, bardzo fajny, szybki i momentami techniczny. Około kilometra przed metą widzę w oddali Kamila, który wcześniej mnie wyprzedził, walczy ze skurczami, pytam czy coś pomóc, ale mówi, że mam biec. Wyprzedzam go i dobiegam do mety na drugim miejscu. Na mecie czeka już Szymon – tego dnia był nie do pokonania. Dobiegają pozostali, chwilę rozmawiamy, wymieniamy się swoimi refleksjami z trasy, jest fajna atmosfera. Jak to potrafi się zmienić sytuacja w takim biegu, dla mnie ostatecznie wszystko ułożyło się super i udało się wygrać z samym sobą i ze swoimi słabościami, to chyba cieszy najbardziej. No i mam topór, który chciałem mieć, chociaż cały czas nie wiem co z nim zrobić, ale jest, gdzieś sobie leży i czeka na swoje miejsce. Zakończenie i meta odbywały się na terenie ośrodka Dziki Groń, który znałem z opowiadań i z tego, że zimą jest tam bardzo fajny snow park. No i wracam tam z rodziną na ferie, a przy okazji na pewno pobiegam to szlakach Beskidu Małego, będzie fajnie.

Kolejny start to Bieszczady i start w Biegu Rzeźnika. Dla mnie to pierwszy raz na nowej trasie, bez Połonin, ale za to w parze mieszanej, co było dla mnie spełnieniem pomysłu, o którym już od jakiegoś czasu myślałem. Nie pamiętam dokładnie kiedy, ale chyba jakoś na początku lutego zaproponowałem wspólny start Agnieszce, chwilę się wahała, ostatecznie podjęła wyzwanie, ale o tym w osobnym wpisie, więc cisza….

Po Rzeźniku zaplanowane były kolejne starty. Karpacz i start w biegu 3 x Śnieżka, dystans najkrótszy czyli 17 km, założenie proste, powalczyć o lepszy wynik, niż rok wcześniej i wrócić na trasę kibicować tym, co walczą w Mistrzostwach Świata. Nie będę ściemniał, lubię Karpacz, a Karkonosze uwielbiam, co prawda trasa tego biegu nie jest moim ideałem, wystarczyłoby jakby została odwrócona i od razu zaczęłaby się zabawa. Ale tak ustalił organizator i trzeba to zaakceptować, a poza trasą, to sama atmosfera biegu jest bardzo fajna. Co do mojego startu, nie ukrywam, że liczyłem na odrobinę więcej. Muszę też wspomnieć, że byłem bardzo zły, iż musiałem pobiec tak krótki dystans z kamizelką. Jeżeli nie muszę, to nie lubię biegać z dodatkowym bagażem. Nie mniej jestem biegaczem, który czyta regulamin i zawsze ma wyposażenie obowiązkowe. Tutaj duży błąd organizatora, że na wszystkie trzy dystanse jest takie samo wyposażenie obowiązkowe. Później stojąc na starcie człowiek patrzy, a połowa nie ma prawie nic z wyposażenia obowiązkowego. Strasznie mnie to irytuje i nakręca negatywnie. Ponadto zostały ustawione dwa dodatkowe punkty odżywcze, czyli na dystansie 17 km było ich aż trzy.

zdjęcie Robert Urbaniak

Po starcie mocny początek, wyprzedza mnie jeden jegomość, który mocno ciśnie, zostaję też wyprzedzony przez chłopaka, który biegnie dystans 2x. Później okazało się, że wygrał i to w mega czasie. Za Sowią Przełęczą wyprzedza mnie kolega z Karpacza, Michał, próbuję złapać jego tempo, ale nie daję dary. Cały podbieg przez Czarny Grzbiet walczę, żeby utrzymać jakieś przyzwoite tempo. Przed nawrotką na Śnieżce widzę, że jestem trzeci, nie tracę dużo do Michała i prowadzącego jegomościa. Teraz wygra ten, który potrafi szybko zbiegać, niestety zbieg przez Kopę nie należy do technicznych i nie wymaga jakiś mega zdolności zbiegowych. Jest, co prawda krótki, kamienisty odcinek, ale jak dla mnie jest ona za krótki. Lecę ile sił w nogach, za Domem Śląskim spotykam moją Annę i Linę. Lina krzyczy, że ten co prowadził słabnie i mam go gonić. Faktycznie, na tym niedługim technicznym zbiegu doganiam go, chłopak ewidentnie nie radzi sobie z tym odcinkiem, mijam go w towarzystwie chłopaka, który leci dystans 3x. Po chwili odskakuję mu i już sam gnam do mety. Dobiegam drugi, na mecie czeka już Michał, przybijamy piątkę i wymieniamy kilka zdań. Czas udaje mi się poprawić prawie o 2 min w porównaniu do poprzedniej edycji, ale cały bieg uważam raczej za słaby w moim wykonaniu. Liczyłem na więcej, ale żeby było jasne, nie wynika to z faktu, że biegłem z kamizelką, ale pewnie z dyspozycji dnia. Uważam jednak, że organizator powinien poprawić regulamin tak, żeby nie było niejasności dla startujących na różnych dystansach.

Po powrocie z Karpacza czułem, że moje pięty nie były w idealnym stanie, strasznie je odparzyłem. Za tydzień miał być start w Supermaratonie Gór Stołowych, pomyślałem, że chyba nie dam rady. Postanowiłem koło środy wyjść potruchtać i czuję, że z piętami nie jest wesoło. Napisałem maila do organizatora, czy mogę zmienić dystans na ten krótszy, czyli 21 km, okazało się że nie ma problemu. Postanowiłem pojechać w Góry Stołowe. Start półmaratonu był w niedzielę, więc rano w sobotę wybrałem się na krótki sprawdzian, czy pięty wytrzymają kilka zbiegów w niedzielę. Test wypadł pozytywnie, więc trzeba powalczyć. Rano solidna rozgrzewka i na start, tak spotykam znajome twarze kolegów z Czech, z którymi miałem przyjemność stać na podium rok wcześniej. Paweł zaprasza mnie do pierwszej linii i ruszamy. Trasa delikatnie zmieniona, start z Radkowa, a nie z Pasterki jak rok temu. Kawałeczek po płaskim i zaczyna się pierwszy zbieg, niektóre osoby mocno cisną, ja nie szaleję, zaczynam ostrożnie. Po pierwszym zbiegu jestem gdzieś około 7 miejsca, zaczyna się podbieg i rozpoczynam wyprzedzanie.

zdjęcie Rafał Olkisz

W końcu doganiam czwartego biegacza, chwilę biegniemy, a raczej podchodzimy razem , ja jednak czuję, że mogę szybciej. Mocno ruszam dalej, podbiegam ile mogę, czuję że jest moc w nogach. Kolejny zbieg na pierwszy punkt odżywczy, tam czeka na mnie Ania, przekazuje mi bidon, a ja lecę dalej. Teraz spory odcinek płaskiego, w oddali widzę jednego z czeskich biegaczy, może dam radę go dogonić. Jednak cały czas nie mogę zmniejszyć odległości, choć tempo raczej żwawe. Mocny zbieg do Ostrej Góry i kolejne wspinanie, jestem w szoku, że cały czas mogę podbiegać, nogi naprawdę ładnie podają. Po drodze spotykam dwóch rowerzystów, to koledzy biegnącego przede mną chłopaka, mówią że mam około minuty straty do niego. Minuta niby nie za dużo, ale jednak to sporo. Wbiegam na Błędne Skały, tam jest kolejny punk odżywczy, mijam go i biegnę dalej. Teraz trochę po płaskim i w dół, bardzo lubię ten odcinek, jest trochę kamieni i jest fajnie. Wpadam na asfalt, niestety już nikogo nie widzę z przodu, ale lecę co sił w nogach. Jeszcze muszę się tylko wdrapać na Szczeliniec i będzie dobrze. Bardzo lubię metę na Szczelińcu, jest mega fajna, a samo wdrapywanie się na nią mega czadowe. Wpadam na metę, jest trzecie miejsce, dokładnie takie samo miejsce na podium jak rok wcześniej. Ponadto mniejsza strata do chłopaków przede mną i czas poprawiony o ponad 6 minut. Wiem, że trasa była troszeczkę inna, ale i tak jestem bardzo zadowolony. To chyba jeden z tych biegów, gdzie żarło dobrze i może jakbym zaryzykował, to byłoby odrobinę lepiej, ale jest dobrze i jest radocha.

Muszę się przyznać, że tego startu nie było w planie, ale jakoś ciągnie mnie, a w sumie nas z Anią na DFBG do Lądka. Jak nie planowane, to trzeba było wybrać coś krótszego i padło na Złoty Półmaraton. Pojechaliśmy na spontanie, toteż spanie było na polu namiotowym, bo wszytko już zajęte:). Nie żeby mi to nie pasowało, po prostu tym razem inaczej. Start chciałem potraktować ulgowo, ale niestety chyba nie potrafię. Początek dosyć mocny, Michał Rajca mocno wyrwał do przodu, ja postanowiłem trzymać tempo Łukasza Zdanowskiego. Po zbiegu z ruin zamku Karpiak, wpadliśmy na drogę szutrową i tutaj jakoś już zabrakło mocy na mocne ściganie. Do przełączy Lądeckiej prowadzi naprawdę fajny szlak, a ja już byłem pozamiatany:). Na przełęczy czekała Ania z bidonem, oraz duża ekipa ZUKa i Biegów w Szczawnicy, którzy tworzyli punk odżywczy, i to pewnie dzięki ich wsparciu miałem siły pobiec dalej.

zdjęcie Piotr Oleszak

Niestety nogi były ciężkie i na podbiegu pod Borówkową Górę nie było łatwo, zostałem wyprzedzony i spadłem na czwartą pozycję. No co zrobić, trzeba walczyć dalej, żeby nie dogoniła mnie kolejna osoba. Za Borówkową już tylko w dół, początek dosyć fajny, ale wiedziałem co czeka mnie dalej, a dalej to droga szutrowa i ostatnie 3 km asfaltu. Jakoś udało się dobiec do mety na czwartym miejscu, nie był to na pewno najlepszy dzień, ale kolejny fajny mocny trening. Po biegu w Lądku sporo znajomych, wieczorny koncert i człowiek się nie nudzi. Jedyne czego żałowałem na drugi dzień, kiedy z Liną pobiegliśmy na trening trasą Trojak Trail, to że nie wystartowałem w tym biegu na 10 km. Nigdy w górach nie startowałem w tak krótkim biegu, a była okazja, bo po Złotym Półmaratonie jakoś nie czułem się zużyty.

Na ten bieg nastawiałem się bojowo, może za bardzo. Pojechałem potrenować na cztery dni w Tatry – dzięki Benek za dwa dni towarzystwa. Do Zakopanego wybraliśmy się całą rodziną, takie mini wakacje, kilka dni przed i kilka dni po. Trasę biegu znałem dobrze, wiedziałem co mnie czeka, wiedziałem kto startuje, miałem też swój plan na ten bieg i czułem, że jestem dobrze przygotowany. Rano zabrałem się na bieg z Łukaszem i … było dosyć chłodno, w końcu to bardziej środek nocy niż ranek. Ruszyłem spokojnie, nie chciałem przesadzić na początku, wiedziałem ze muszę dotrzeć do Chochołowskiej w miarę przyzwoitym stanie, bo z tamtąd jeszcze kawałek drogi do mety. Przez fragment trasy biegłem z Robertem Faronem a później z Szymonem Nikielem. Rober przy pierwszym mocnym podejściu wyrwał do przodu, ja chwilę później. Delikatnie doganiałem kolejne osoby, przed Kopą Kondracką dogoniłem kolegę z Nowego Targu – Dawida, który już wiedział, że tego biegu nie ukończy, ja cisnąłem dalej.

zdjęcie Jacek Deneka

Na Ornak wpadłem chyba na 7 miejscu, wiedziałem że teraz długie podejście, co mogłem podbiegłem resztę pokonałem w żwawym marszu. Przed szczytem Ornaka wyprzedziłem kolejną osobę, dobiegłem do Siwej Przełęczy, wszystko idzie ładnie z planem. Ale nagle na podejściu do Raczkowej coś dziwnego stało się z moją głowa i z moją motywację, nie umiem tego wytłumaczyć. Dotarłem na Przełącz Raczkową i poddałem się, oddałem swój chip, chwilę popatrzyłem na podejście pod Starorobociański i zbiegłem do Siwej Przełączy, następnie czarnym szlakiem do Doliny Chochołowskiej. Tam dotarłem do Drogi nad Reglami i dalej po trasie w kierunku Doliny Kościeliskiej. Po drodze wyprzedził mnie prowadzący Robert Faron później Piotrek Gut, po chwili spotkałem jeszcze Jacka Deneke, który wcześniej pstrykał zdjęcia na Kopie Kondrackiej. Następnie dogonili mnie chłopaki z Nowego Targu – Piotr Biernacki i Piotr Huzior, z nimi zbiegłem do Kir i tam już z Huziorem zabrałem się do Zakopanego. Nie było tego dnia radochy, był jakiś mocny smutek z nie ukończonego biegu. Może nieraz tak musi być. Nie wiem dlaczego podjąłem taką decyzję. Kolejne dwa dni spędziłem z rodziną spacerując po Tatrach i starając się nie myśleć o tym, co wydarzyło się podczas biegu Tatra Fest. Nikt nie lubi nie ukończonych biegów, ani to z powodu kontuzji, ani to z powodu głowy, w każdym razie Tatra Fest równa się DNF.

Kolega Miłosz organizował kameralny bieg w żwirowni pod Lesznem, postanowiłem się tam wybrać. Razem z młodszą córką ruszyliśmy rano w kierunku Leszna. Krwawa Pętla, bo tak nazywał się bieg w formule eliminacji, to zupełnie coś nowego dla mnie. Nie wiedziałem czego się spodziewać i jak będzie przebiegać trasa biegu, ale wiedziałem, że pewnie będę miło spędzał czas. Podczas odbioru pakietów odbywało się losowanie szóstek i ich kolejności. Mój start był drugi, szybko podbiegłem do auta po rzeczy, rozgrzewka i na start. Pętla biegu to dokładnie 1100 metrów i 124 metry w górę i tyle samo w dół. Zupełnie coś innego, coś nowego. Po starcie po jakiś 150 metrach mocny piaszczysty zbieg w dół, a po 30 metrach mocno pod górę. Na początku nie wiedziałem jak mam się wdrapać pod tę górkę. Były liny do pomocy, ale jakoś źle mi się z nimi współpracowało, więc większość podejścia pokonałem prawie na czworaka. To co wydarzyło się po wdrapaniu na górę to jakaś masakra, ja chcę biec, a tu nogi jak z waty, ugięły się i przez około 50 metrów jakiś dramat, z czasem jednak jakoś poszło.

zdjęcie Rafał Paszka

Reszta trasy to fajne wąskie crossowe ścieżki i tak do mety. Udało się wygrać te starcie, jednak postanowiłem, że przed kolejnym biegiem eliminacyjnym wybiorę się z Zosią na spokojny spacer i przy okazji rekonesans trasy:). Tak też zrobiliśmy a przy okazji pokibicowaliśmy tym, co właśnie walczyli na trasie. Wiedziałem że kolejny bieg muszę rozgrać trochę inaczej, nie ma co szarpać na podejściu, tylko swoim tempem, a zaatakować dopiero później. Kolejny bieg również udało się wygrać i przyszedł czas na bieg finałowy. Strategia taka sama, na czworaka wdrapałem się na górę, gdzie ładna oprawa kibiców z Zosią na czele, później atak i od połowy trasy biegłem już na czele. Ostatni podbieg i mega klimat, dzwonki, gwizdy – chłopaki z Lesz No Limits zrobili piękny klimat. Fajnie, że udało się wygrać Krwawą Pętle…mały klimatyczny bieg, ale widać, że zorganizowany z wielkim serduchem i w fajnej formule. Po biegu pojechaliśmy na piknik, na którym odbył się biegi dla dzieci, było też jedzenie oraz dekoracja, bardzo sympatyczny rodzinny klimat.

Ostatni start był dla mnie niewiadomą, intensywnie myślałem o ŁUCie, ostatecznie otrzymałem maila od organizatorów, że mogę wystartować, za co bardzo mocno dziękuję. Niestety ekipa, z którą planowałem pojechać na bieg nie miała szans załapać się, więc wspólnie zdecydowaliśmy, że jedziemy na Ultramaraton Bieszczadzki. Dla mnie to drugi wyjazd w tym roku w Bieszczady, daleko, oj daleko z Poznania, ale fajnie tam. Do Cisnej docieramy po 10 godzinach, wieczorem w piątek, odbiór pakietów, szybka kolacja i do spania. Jak ja nie lubię biegów po tak długiej podróży, staram się zawsze na bieg jechać tak, żeby mieć dzień albo dwa luzu i spokojnie odpocząć. Wiedziałem że to podczas biegu się zemści, czyli da się odczuć te ponad 10 godzin podróży za kółkiem pojazdu zwanego samochodem. Rano szybkie śniadanko i razem z Dybolem i Pyzikiem potruchtaliśmy na start. Wiedziałem, że początek biegu jest mocno płaski i większość prowadzi po asfalcie, nie chciałem ruszyć za mocno, plan był taki, żeby stopniowo przesuwać się do przodu. Do Rostok Górnych dotarłem w miarę przyzwoitej formie, dalej już zaczynał się fajny szlak, na początku sporo pod górkę, ale nogi ładnie podawały, więc nie kalkulowałem tylko biegłem za plecami innego biegacza. Kiedy się z nim zrównałem okazało się ze to Bartek Ceberak, z którym chyba 2 lata wcześnie ścigałem się podczas biegu Garmin Ultra Race. Chwilę pogadaliśmy i razem dotarliśmy do punkt odżywczego w Solince. Tam Bartek został trochę dłużej, ja ruszyłem sam, przez dłuższą chwilę biegłem drogą szutrowa, a pózniej zaczęło się podejście na Hyrlatą. Następnie kolejny szczyt Rosocha i w dół znowu do Rostok Górnych. Przed końcem zbiegu wyprzedzam jedną osobę i lecę dalej, ale nie skręcam w lewo tak jak idzie trasa tylko biegnę prosto. Po jakimś czasie widzę, że nie ma taśm, mam wgrany truck w zegarku, ale nic mi nie pika, że zboczyłem z trasy. Dobiegam do miejsca gdzie siedzi kilku chłopaków, którzy robią wycinkę drzewa, pytam czy tu ktoś biegł, mówią że nie, ale tą drogą dobiegnie pan do Rostok. Na punkt wpadam już lekko zły, chłopak z punktu proponuje mi nalewkę, co mi tam, wypijam kielicha i lecę dalej.

zdjęcie Michał Złotkowski

Chwilę podbiegam po asfalcie i tam doganiam dwie osoby, które minęły mnie, kiedy szukałem trasy. Jedną z nich kojarzę z biegu Granią Tatr, chyba z roku 2015, przez chwilę rozmawiamy i biegniemy razem. Zaczyna się szlak i podejście na Okrąglik, ja wyrywam do przodu, staram się wrócić na miejsce, które zajmowałem przed pomyłką. Za Okraglikiem jeszcze trzeba wdrapać się na Jasło, tam widzę Anię, która oczywiście przesyła mi sporo energii, jest też Jacek Deneka, ja lecę dalej. Zaczyna się zbieg, na zbiegu czuję, że z moimi nogami jest coś nie tak, czuję że nie chcą współpracować na zbiegach tak jak zawsze. Zostaję wyprzedzony przez wcześniej wspomnianego biegacza, którego kojarzyłem z Grani Tatr, poczułem się jak początkujący biegacz górski, ależ miałem niemoc w tych nogach. Dawno tak źle nie było, ale mniej więcej kojarzyłem ile zostało mi zbiegu. Przed biegiem Rzeźnika wbiegałem na Małe Jasło i pamiętałem jak wyglada zbieg. To były naprawdę męczarnie, chyba wyszła długa podróż z poprzedniego dnia autem. Coś chyba nogi nie doszły do siebie po tej podróży, ale jakoś muszę dotrwać do mety w Cisnej. Udaje się jakoś doczłapać, jest meta i jest najsłabsze miejsce w tym roku, ale po jakiej walce na ostatnim zbiegu. Tak docieram na siódmym miejscu, a pózniej okazuje się, że nagrody finansowe były do szóstego miejsca :). Po dekoracji razem z Anią, Dybolem i Pyzykiem maszerujemy sobie po torach popijając wiśniówkę dobrze się bawiąc. Bieg może nie był najlepszy w moim wykonaniu, ale wyjazd bardzo fajny i tak oto zakończyłem starty w roku 2018.

Rok 2018 to nie tylko treningi i starty, ale to też biegi, w których stałem po drugiej stronie. To biegi, gdzie nie startowałem, ale pomagałem w ich organizacji. A było tych biegów, jeżeli dobrze pamiętam cztery, i co zabawne, w każdym z nich byłem związany z oznaczeniem trasy i cześciowo z ich zabezpieczeniem. Jeśli ktoś sądzi, że znakowanie trasy to fajny i przyjemny trening to jest w błędzie. Oznakowanie 25-30 km trasy to naprawdę kawał roboty do wykonania. Zawieszanie tasiemek, strzałek z kierunkiem biegu trasy równa jest z ciągłym zatrzymywaniem, nie mówiąc już o tym, że co jakiś czas trzeba skontrolować trucka z zegarka z realiami trasy. Podczas znakowania zaznaczyłem teren na trzech biegach w terenie czyli ZUKu, TriCirt i Mierzęcin Trail. Natomiast podczas innego biegu powalczyłem po raz kolejny na podpoznańskich drogach, znakując każdy kilometr, każdy punkt odżywczy znajdujący się na trasie Wings for Life. W dniu biegu starałem się natomiast zadbać, żeby na większości punktów odżywczych wszystko działało przyzwoicie. Jest to cały czas praca związana z bieganiem, choć bieganie podczas tych zawodów jest nieco inne, to i tak zawsze bawię się dobrze. Mam nadzieję, że w 2019 roku również uda się w ten sposób spędzić czas na kilku biegach. Ale to pewnie już decyzja organizatorów, czy zaproszą mnie ponownie do współpracy:).

zdjęcie Modra

Chyba nie wypada narzekać na ten 2018 rok, byłbym zbyt dużym pesymistą, jakbym tak robił. A ja jestem tylko realistą, przynajmniej tak mi się wydaję i staram się realnie oceniać swoje życie, zarówno rodzinne, jak i zawodowe oraz te związane z moją pasją. Było naprawdę fajnie, nie zawsze idealnie, ale zawsze fajnie. A co najważniejsze i najcenniejsze, to zdrowie, które cały czas dopisuje. Najmocniejsze podziękowania dla mojej rodziny, dla Ani, która prawie zawsze jest ze mną podczas moich zmagań oraz naszych córek za wsparcie i wyrozumiałość, bo tata praktycznie co dzień znika na trening. Dla moich dobrych kumpli Oswiego, Łysego i Marcina za super warunki pracy i spokojną głowę do trenowania. Dla moich podopiecznych, którzy mi zaufali i cały czas chcą żebym im pomagał w treningach. Dla moich partnerów, tych którzy wspierali mnie przez ostatnie lata – Rafała z Newline, Kuby z Camelbak, Bartka i Agnieszki ze Squeezy – dziękuję bardzo. Podziękowania też dla tych, z którymi pewnie jeszcze uda się razem pokonać wspólnie kolejne lata – Agaty i Filipa ze Zmiany Zmiany, Przemka z CoreClinik, Oli z Willa Agnieszki no i całej ekipy z GoPro Polska oraz Natural Born Runners. Na koniec duża piona dla OberAlp, za danie mi szansy i dołączenie mnie do teamu Dynafit, to dla mnie duże wyróżnienie, dziękuję Piotrkowi i Jarkowi i całej ekipie.

zdjęcie Kuba Witos

Niech nowy rok będzie równie udany jak poprzedni, życzę tego sobie i Wam. Plany startowe już praktycznie gotowe, zdrowie dopisuje, więc tylko szukać cały czas motywacji, cieszyć się swoją pasją i otaczającymi mnie ludźmi.

Podoba się Tobie ten wpis, Prześlij znajomym!