Poznań Maraton vs Słonik

Ustalając kalendarz starów na 2017 rok, Poznań Maraton był jednym z ważnych startów, może nie najważniejszym, ale ważnym. Różnie to bywało w tym roku z tymi startami. Postanowiłem jednak nic nie zmieniać i zmierzyć się z królewskim dystansem po raz kolejny. To jest w sumie bardzo zabawne, że mamy tyle różnych maratonów zarówno w Polsce, nie mówiąc ile jest ich za granica,  ja znowu postawiłem na  Poznań. Tak, tak, lubię biegać w Poznaniu, czuję się tutaj dobrze i mam tutaj wszystko czego mi potrzeba.

Czas po Grani Tatr przepracowałem solidnie, tak przynajmniej mi się wydawało. W każdym razie czułem się, że na wynik w okolicy 2:45:…jestem gotowy. Trasę biegu znam bardzo dobrze, wiem czego się po niej spodziewać, gdzie przycisnąć i jak sobie cały bieg rozplanować. Miałem też nadzieję, że pogoda jak zawsze będzie idealna do biegania, a temperatura tak jak lubię w okolicy 6-8 stopni. Tak to wszystko miałem zapanowane i czekałem na dzień biegu. Do startu gotowi – niedziela 15 października, godzina 9 każdy czeka na ten moment, ale jakoś go nie ma. Co się dzieje, jak to możliwe, przecież czeka ponad 6 tys biegaczy, dlaczego nie biegniemy? 10, 15 minut ok, nic się nie dzieje, ale kolejne minuty już wprowadzają w strefę startu zamieszanie. Ja sobie stoję, od czasu do czasu rozmawiam, bo przecież sporo znajomych osób dookoła. Jednak w głowie sporo myśli, jest za ciepło, a będzie jeszcze cieplej, nie biegniemy, czekamy. Fajna atmosfera, robi się całkiem spora impreza, głowa raczej już odprężona niż skupiona na biegu . Różne informację dostaję, a to ktoś mówi, że był wypadek, a ktoś inny, że problem z jakimiś ochroniarzami, a organizator nie podje żadnej informacji. No co zrobić jak tylko można czekać,no to czekam, odprężony i w sumie nawet nie wychłodzony, no bo jak się wychłodzić jak pewnie jest z 16 stopni. Jednym słowem taka mega wielka imprezka zorganizowana dla biegaczy przed Targami Poznańskimi :). Ale w końcu jest, jest informacja, po 40 minutach ruszają wózki i po kolejnych 5 minutach biegacze. Teraz trzeba się skupić i biec, co prawda w głowie już sporo różnych myśli, ale walczymy, będzie dobrze, a jak ;). 

No to biegnę – ruszam według założonego planu czyli równo po 3:55 na kilometr. Razem ze mną biegnie Radek, razem zawsze raźniej szczególnie jak ma się podobny cel. Moje założenie jest zawsze takie same, do 30 km równo, a później ile da radę. Raz uda się dobrze innym razem nie, ale bez planu i celu nie umiem, nie potrafię…wiec biegnę jak założyłem. Na trasie sporo znajomych i mnóstwo kibiców, bałem się trochę, że przy takim opóźnieniu mogą co niektóre osoby zrezygnować z kibicowania, ale są i wspierają pięknie na całej tresie biegu. Co 5 min łapię czas, to pozwala mi na biegnięcie w dosyć równym tempie. Początek oczywiście przyjemny, jak to na maratonie bywa. Po 5km mija mnie na rowerze Marcin, wymieniamy kilka zdań i skręcam w ul. Hetmańską, a tam bardzo fajny odcinek lekko z górki, tempo wzrasta, ale bez obaw za chwilę będzie w górę. Jest, zaczynają się moje rejony, i te treningowe i te codziennego życia. Jest rodzinne, przybijam piątki z córkami. Po swoim terenie biega się oczywiście najlepiej, szkoda, że nie jest na ostatnim fragmencie biegu, może dodatkowo by mnie to motywowało. Raz jeszcze spotkanie z rodziną, jest też kilku znajomych okrzyki wsparcia i biegnę dalej. Znaczy biegniemy, bo cały czas z Radkiem obok. Z czasem dołącza do nas trzeci biegacz i tak w trójkę walczymy. Półmetek mijamy idealnie według mojego założenia. Chwilę później dojeżdża do nas Marcin F, okazuje się że kolega który z nami biegnie jest przez Marcina trenowany. I tak towarzyszy nam do wbiegnięcia na Maltę, nad jeziorem Maltańskim jest trochę wsparcia na mikrofonie Przemek W. Na początku ul. Krańcowej mijamy Karola, szybkie pytanie i słyszę odpowiedź -„już mam po biegu”. No u mnie już też sielankowo nie jest, Krańcowa to praktycznie cały czas pod górkę, nie jakoś stromo, ale już odczuwalnie. Skręcamy w ul. Warszawską i dostajemy wiatrem w twarz, przed nami nie ma nikogo w zasięgu. Walczymy sami. Tutaj też czeka na mnie Ada i przekazuje mi butelkę z żelem, wmuszam w siebie całą zawartość. Mijamy 30 km , spoglądam na zegarek i widzę, że tempo i czas jest jeszcze zbliżony do zakładanego. Spoglądam też wewnątrz siebie i tu już nie jest tak pięknie, spoglądam na swoje obtarte sutki i wiem, że w powietrzu jest jakoś ciężko. Pamiętam już takie biegi gdzie wilgotność była jakaś taka nieprzychylna. Spoglądam na Radka i widzę, że on też bardzo walczy. Mówię do niego, że nie jest już lekko i ja nie wiem czy dam radę. Staramy się utrzymać przyzwoite tempo, ale nie idzie to łatwo. Przed parkiem Sołackim mijamy Grzegorza, który juz ewidentnie cierpi bardziej jak my. Tradycyjnie przy knajpce Francuski Łącznik jest Karolczak, krzyczy coś po swojemu, ale mi większą radochę sprawia jego widok. Wbiegamy do parku, tam strefa Maratończyka Poznań, jest głośno, jest wsparcie, są znajomi, naprawdę fajny moment biegu. W pewnym monecie mijamy ToiToie i nagle Radek mówi- ” ja musze do WC”, ok to działaj. Zostaję sam na polu bitwy, zaczyna się podbieg w kierunku ul. Polskiej, tutaj mijam Bogusza, noga jeszcze jako tako się kręci, ale już rezerwa się świeci i wesoło mi nie jest. Mijam 35 km tempo z jakim przebiegłem ostatnie 5 km to coś około 4:04, niby nie ma tragedii, ale wiem, że jest już po biegu i nie uda się uzyskać zakładanego czasu na mecie. Motywacja spada, wiem, że już przegrałem, znam siebie wiem, że nie umiem walczyć w takich momentach, jestem słaby, jednym słowem dupa ze mnie. Ostatnie kilometry – no tak nie potrafię walczyć, no tak to ze mną jest. Jak idzie wszystko, tak jak sobie założyłem to potrafię zmobilizować się do walki, jak nie widzę światełka w tunelu na osiągnięcie swojego celu to wszystko puszcza. Jeszcze jakoś początek ul. Bułgarskiej udało się godnie pokonać, ale jej końcówka to już zupełne odpuszczenie, przy stadionie było sporo kibiców, ba, były nawet Koziołki Poznańskie, dziewczyny z pomponami, ale nie było już mnie. Skręcając w ul. Grunwaldzką i mając przed sobą ostatnie 3 km, wiedziałem, że już po mnie, nie dość, że przegrałem z maratonem to jeszcze nie dałem rady walczyć. To są takie momenty, gdzie wychodzi charakter biegacza, mój kolejny raz pokazał mi, że jak jest źle to nie potrafię znaleźć w sobie odpowiedniej motywacji. Ostatni punkt odżywczy, widzę Colę, wymiękam i przechodzę w mega trucht, a może szybki marsz, wypijam 2 kubki tego słodkiego napoju. Może na biegach ultra postawia on na nogi, ale na maratonie to chyba inne bieganie. O jest Łukasz, próbuje mnie zmobilizować, wiem jak to jest, też na niektórych biegach staram się mobilizować innych, ale jakoś nie działa to na mnie. a może działa, tylko w tym momencie tego nie doceniam. Ruszam, jakoś mi się udaje, tempo delikatnie wzrasta, wiem, że to już naprawdę niewiele, będę szybciej na mecie to będę mniej cierpiał. Jest skrzyżowanie z u. Matejki to już naprawdę końcówka, mobilizuję się jakoś, udaje mi się wyprzedzić z 3 osoby, wiem, że wcześniej wyprzedziło mnie pewnie więcej, ale są takie momenty biegu gdzie wszystko jest już obojętne i jest się w swoim świecie. Teraz jakoś odżywam, zawsze lepiej później niż wcale :). Końcówka, wpadam na ostatnie metry, widzę zegar i widzę, że nie uda się złamać pobiec poniżej 2:50:00. Czas na mecie to 2:50:10, jak się dało trochę dupy i nie walczyło, to teraz trzeba brać co jest, a jest nie najlepiej. Najważniejsze, że na mecie jest ukochana Anna, która jest zawsze tam gdzie być powinna. Jak zawsze bardzo jej dziękuję, że mnie wspiera w tym co robię. Są też inni znajomi, jednak widzę, że większość nie jest zadowolona, ale są też tacy co widać na ich twarzach radość i szczęście. A jak, jak jest dobrze trzeba się cieszyć i korzystać z chwili. Jakieś wnioski panie Słoniku ? – można swojego niepowodzenia szukać w opóźnionym starcie czy złej pogodzie, za ciepło, za duża wilgotność itp… ale chyba nie o to chodzi, trzeba przyjąć na klatę swoją porażkę i za rok znowu stanąć na starcie. Nie był to z pewnością udany start, ale kolejna biegowa lekcja, która pokazała, że zawsze warto walczyć, zawsze jest jakiś mniejszy lub większy cel. Mimo tego, że wiedziałem już praktycznie po 30 km, że ciężko będzie o założony wynik, ba ciężko będzie o poprawienie życiówki, można było powalczyć o złamanie bariery 2:50…. zawsze to jakiś cel. Ale odpuściłem i teraz może troszeczkę jestem na to zły, ale przecież każdy wie jaki biegacz jest mądry po biegu, jakie to różne teorie i wizje snuje. Nie jestem już biegaczem który jest ukierunkowany na starty uliczne, zdecydowanie inne tereny nakręcają mnie bardziej, jednak w 2018 roku chciałbym znowu spróbować swoich sił w maratonie i pewnie znowu w Poznańskim. Plany na 2018 roku już w głowie się tworzą i na maraton zawsze miejsce się znajdzie. Oczywiście na koniec podziękowania dla rodziny za wsparcie i tolerowanie mojej pasji :). Duża piątka i wielkie dzięki wszystkim znajomym na trasie, kibica za wsparcie jesteście super. Dziękuję również moim partnerom, za wsparcie mojej osoby: Natural Born Runners, Newline Polska, CamelBak Polska, Squeezy Polska, ZmianyZmiany, GoPro Polska, Willa Jagniątków, Pensjonat Weranda i Core Clinic wielka piątka dla was :).

Zdjęcia: A. Ciereszko, K. Skubiszak, T. Szwajkowski, S. Afek, Grajczak Studio, J. Koperski, Hernik Team – dziękuję bardzo