Grań Tatr kolejne starcie

Kiedy dowiedziałem się, że jestem na liście 3 edycji Biegu Granią Tatr, miałem jasno wyznaczony cel. Niestety z czasem różnie to bywało, zarówno z moimi startami jak i moim kolanem. Żeby określić ból w kolanie, udałem się do Core Clinik i po kilku wizytach, okazało się, że wynika on z napięcia przewodzicieli. Od kiedy biegam nie miewałem żadnych problemów, ale każdego z czasem coś dopada. Dlatego jadąc na ten start nie do końca wiedziałem co się wydarzy…

Byłem co prawda 2 tygodnie wcześniej na treningu i rekonesansie trasy. Były to mocne 4 dni spędzone w towarzystwie Miłosza. Zrobiliśmy kawał dobrej roboty, ale i tak w głowie miałem wielki znak zapytania – jak będzie podczas biegu. Obiecałem sobie, że zacznę rozsądnie i będę biegł tak jak pozwala mi mój organizm. Dzień przed biegiem miły rodzinny spacer po niższych partiach Tatr, a ja już czułem przejęcie i stres związany z biegiem. Zawsze mnie to zastanawia skąd to się bierze, że człowiek tak się przejmuje i wczuwa. Przecież nikt nic ode mnie nie wymaga a i tak przejęcie jest duże. Trzeba jakoś z tym walczyć i nastawiać się jak najbardziej pozytywnie, bo jednego się nauczyłem, że jak człowiek za mocno czegoś chce tym mniej to się udaje. Na start dotarłem z pozytywnym nastawienie i bez żadnego konkretnego założenia, organizm miał sam dyktować warunki. Po starcie ruszyłem spokojnie, sporo osób pobiegło mocno do przodu, ja naprawdę bez szaleństwa. Miało być przyjemnie i bez ciśnienia. W połowie drogi do polany Chochołowskiej dogonił mnie Andrzej, kurde z tego co rozmawialiśmy miał zacząć bardzo spokojnie, a już mnie dogonił. Może ja naprawdę człapię za wolno, nie daję się nakręcać, nikt mnie nie interesuje, nie liczę, nie kalkuluję – nie teraz. Myśle, że przed początkiem podejścia na Grzesia byłem spokojnie za pierwszą 30-stką. Na podejściu robię swoje, mijam kolejne osoby, ale to nie jest dla mnie ważne, ważne jest, że biegnę swoje. Praktycznie do Grzesia trzeba było biec z włączoną czołówką, to chyba pierwsza z wszystkich edycji gdzie na tym etapie potrzebne było jeszcze światło. Przed podejściem na Rakoń, wiatr zaczął naprawdę mocno dmuchać, dmuchało strasznie. Postanowiłem założyć kurtkę i to była walka kilkuminutowa ale się udało. Wiem jak szybko wychładza się mój organizm i nie chciałem ryzykować. Tatry Zachodnie są piękne, a o wschodzie słońca trudno opisać ich urok. Podczas biegu nie ma może tyle czasu żeby się tymi widokami delektować, ale szybki spojrzenia na panoramę zapierają dech w piersi. Wołowiec to chyba mój ulubiony szczyt na tym etapie biegu, dzieje się, oj sporo się dzieje, trzeba dobrze stawiać stopy. Tutaj doganiam Magdę, wymieniamy kilka zdań i zaczyna się podejście na Jarząbczy Wierch. Tu wydarzyła się jedna z zaskakujących momentów tego biegu. Za każdym razem jak jestem przed tym szczytem i zaczynam podchodzić mocno odczuwam tą stromiznę, a tu nawet nie poczułem, że byłem na szczycie. I szybo w dół i kolejne wejście, kolejny szczyt za mną. 
Jestem zaskoczony swoją dyspozycją, może zbiegi nie są za mocne, ale ogólnie bardzo stabilne. Gdzieś w głowie jest takie małe światełko i nie pozwala mi rozwinąć skrzydła w dół. Ważne, żeby było równo, nie jest to w końcu bieg na 20 km, a trochę dłuższy. I trzeba mądrze i dobrze rozplanować siły i zapas energii.
Przed Ornakiem znowu pojawia się Andrzej, mija mnie na zbiegu, ja w głowie cały czas spokój. Wiem że za chwilę zacznie chyba najdłuższy zbieg tego biegu. Teraz już znam go dobrze i moja świadomość jest zupełnie inne jak 4 lata temu kiedy byłem początkującym biegaczem górskim. Przed samym zbiegiem mijam jeszcze dwie osoby i zaczynam przebierać szybko nogami. Andrzeja mam przed sobą, ale nie staram się go gonić. Naprawdę biegnie się dobrze i nie chcę tego popsuć. W połowie zbiegu wyprzedzam jeszcze Piotrka Huziora, krótka wymiana kilku zdań i lecę dalej. Od Iwanickiej Przełączy zbieg już się bardzo dłuży, nic nie robię, musze dobiec do Schroniska Ornak gdzie jest pierwszy punkt odżywczy. Jest schronisko, patrzę na zegarek czas lepszy o 5 minut niż w poprzedniej edycji, a samopoczucie zupełnie inne, czuję się dobrze, naprawdę dobrze. Uzupełniam płyny, i ruszam dalej, Andrzej zostaje na punkcie, Magda również. Biegnę sam i nie oglądam się na innych, to plan na dzisiejszy bieg :). Wiem, że czeka mnie teraz długa droga w górę. Początek to kamienista droga z niewielkim nachyleniem w poprzednich edycjach szedłem tutaj. Teraz jest inaczej, w końcu mam siły na bieg, z nogi na nogę, ale biegnę. Sprawia mi to dużo radości i satysfakcji. Doganiam Magdę Kozielską, jest pierwszą dziewczyną, ale widać, że nie długo. Pyta czy Magda jest daleko, mówię, że Magda jest już praktycznie za jej plecami. Chwilę później doganiam kolejną osobę, kojarzę postać, ale chyba nie mieliśmy okazji się poznać. Chwilę biegniemy razem, ale kiedy szlak odbija w lewo zaczynam już podejście sam. No i zapomniałem dodać, że Magda w międzyczasie wyprzedziła nas wszystkich, dziewczyna jest niesamowita. Coś podpowiada mi żebym za nią się trzymał, może trzeba było tak zrobić. Ja jednak wybieram swoją strategię i nie oglądam się na innych, robie swoje. 
Docieram do Chudej Przełączki, zaczyna się podejście pod Ciemniak. Tutaj mijam Krzyśka Dołęgowskiego, który boryka się z problemami żołądka. Na podejściu widzę sylwetkę, którą widziałem już wcześniej, teraz jestem pewien, że  to Dawid z Nowotarskiej Ekipy. Dawida poznałem rok temu na biegu Tatra Fest i okazało się ze jesteśmy z tych samych klimatów muzycznych. Dodatkowo Dawid to również zielony biegacz jak ja. Przed szczytem udaje mi się go dogonić. Chwilę rozmawiamy, jak się okazuje Dawid również boryka się w ostatnim czasie z problemem zdrowotnym, ale tak jak ja postanowił stawić czoło i powalczyć w tym biegu. Do Krzesanicy biegniemy razem, później Dawid mi ucieka, na zbiegu jest przepaść. Wiem, że to najsłabszy element tego dnia. zupełnie nie przejmuje się tym i robię swoje. Czuję, że droga ze schroniska Ornak na Ciemniak mocno dała mi w kość i zaczyna się już pierwsze zmęczenie. Walczę, nie ma mowy o jakimś zwalnianiu czy odpuszczaniu. Czerwone Wierchy to piękny odcinek tego biegu, nie ma długich podejść, ale cały czas coś się dzieje. Na podejściu pod Kopę Kondracką mijam kolejną osobę. W głowie pojawia się już sporo różnych myśli, ale jak się mają nie pojawiać, przecież taki bieg odbywa się również w głowie. Myśli różne, ale nogi chcą biec i to najważniejsze. Jeszcze przed Kasprowym spotykam znajomego Roberta, kiedyś sporo razem biegaliśmy. Robert jakiś czas temu wyprowadził się w okolice Krakowa. Długo się nie widzieliśmy, miłe spotkanie w takich okolicznościach. Robert towarzyszy mi kilkaset metrów, pstryka kilka zdjęci. Takie spotkani daje mi zastrzyk energii, wiem, że do Murowańca został już kawałek. A tam czeka moja ukochana Anna i nasza starsza córka Anna jr. i pewnie sporo znajomych i kibiców. W każdej edycji ten punkt jest najbardziej oblężony przez kibiców. Ostatni podejście pod Kasprowy, jest Jacek który pstryka kolejne super zdjęcie. Jest też Dybol który mocno mnie wspiera. Ten bieg układa mi się tak dobrze pewnie dlatego, że 10 dni wcześniej zrobiliśmy wspólny trening na stadionie, mocne 400 metrówki :). Dybol czeka za Andrzejem, mówi że postara się mnie dogonić jeszcze przed Murowańcem. Zbieg do Murowańca nie jest łatwy, jakiś taki wolny, ale wiem, że nogi są już mocno zmęczone. Dybol faktycznie mnie dogania i popędza, robię co mogę, ale niestety nie mogę za wiele. Jest Murowaniec, znowu rzut oka na zegarek i widzę ze około 20 minut zapasu do poprzedniej edycji. Odbieram od Ani zapas żeli, dwa kubki Coli i kubek wody, kawałek pomarańczy, uzupełnienie bidonów i w drogę. W miedzy czasie dociera również Andrzej, pytam czy biegnie ze mną, słyszę tylko, że potrzebuje trochę czasu. Ten punkt odżywczy to mnóstwo znajomych osób których na tym etapie nie jestem w stanie ogarnąć. Atmosfera jest niesamowita, konkretny kop energii na dalszą drogę. Ten etap mam dobrze rozpracowany w głowie. trening 2 tygodnie wcześniej dużo w tym pomógł. Wiem, że sporo muszę podbiegać, gdzie tylko się da. Wiem gdzie są strumyki z wodą i gdzie mogę przemyć twarz żeby się pobudzić. Jestem zupełnie sam, ale wiem że musze się pobudzać i nakręcać żeby nie zmarnować tego co udało mi się nabiegać na pierwszych 2 etapach. Krzyżne, Przełącz Krzyżne to teraz najważniejszy cel. Trzeba się tam wdrapać, a później zbiec do Doliny Pięciu Stawów. Kiedyś wydawało mi się że wdrapanie się jest trudniejsze, teraz wiem, że zbieg z Krzyżnego to jest dopiero wyzwanie. Końcówka podejścia jest stroma, momentami nie wiem którędy idzie szlak, ale dzielnie kawałek po kawałku przesuwam się bliżej szczytu. I znowu przed szczytem widzę Dawida, który za Krzesanicą mi uciekł. Na Krzyżnym jest sporo osób, więc jest też spory doping. Zaczyna się zbieg, karkołomny zbieg, a może bardziej walka o każdy metr w dół. Doganiam Dawida i kolejną osobę, okazuje się ze to kolejny reprezentant z Nowego Targu Dawid Ancew. Mówi że za mocno pobiegł początek i teraz za to płaci. My biegniemy dalej, żeby dotrzeć do Doliny Pięciu Stawów jest jeszcze kilka krótkich podejść, to tak żeby nie było za łatwo. Już biegniemy koło stawów, nie ma za wielu turystów, w poprzednich edycjach był w tym miejscu wysyp ludzi. Prawie jak na plaży w Mielnie, teraz jest naprawdę spokojnie. Mijamy schroniska i zaczyna się zbieg. Dawid coś opada z sił, mówi, że musi uzupełnić płyny. Kawałek za schroniskiem jest strumyk, robimy kilka łyków i dalej. Toż to jakaś magiczna woda, bo Dawid zaczyna cisnąć mocno, ja nie nadążam przebierać nogami. W pewnym momencie mi znika, ale po chwili już go widać. Końcówkę Doliny Roztoki biegniemy już razem i wyczekujemy ostatniego punktu na Wodogrzmotach Mickiewicza. Ten zbieg mocno wchodzi w nogi, już czuję ten bieg , ale co jest mega zaskakujące nie pojawia się żaden kryzys czy zwątpienie. Wpadamy na punkt, uzupełniamy płyny i bierzemy po butelce Coli na trasę. Kawałek asfaltem i skręt w czerwony szlak. Ostatni etap, czyli ostatnia prosta. Według profilu trasy, to odcinek gdzie nic się nie dzieje, ale to mylne, dzieje się. Przy tym zmęczeniu i wyczerpaniu organizmu ten etap to takie dobicie leżącego. Podczas podejścia widzę, że Dawid się nie raduje, a wiem że jest ich jeszcze kilka. Co prawda można sporo biec, ale teren do łatwych i wygodnych nie należy. Wstępnie umawiamy się z Dawidem że może uda się dotrzeć razem do mety, będziemy się wspierać nawzajem, to zawsze człowieka mobilizuje. Butelka Coli zaczyna mi przeszkadzać w ręku, co jakiś czas popijam, ale już jej nie chcę trzymać w ręce. Nie ma wyjścia robię super miksturę, mieszam izotonik z pozostałością Coli, a butelkę oddaję pierwszemu turyście z prośbą czy może wyrzucić w najbliższym śmietniku. Pan z uśmiechem odpowiada, że nie ma problemu i że mam się nie przejmować tylko walczyć i biec do mety. Doping turystów na trasie jest naprawdę dużym wsparciem, wiem, że część osób poszła tego dnia wspierać uczestników biegu, ale są też osoby, które poszył sobie na wycieczkę, a widzą walczących na trasie biegaczy i ile mogą wspierają ich i zachęcają do walki. Naprawdę to doceniam i dziękuję każdemu, kto tego dnia miał ochotę na wspieranie nas biegaczy. W tym całym zamieszaniu z przyrządzaniem sobie płynu i skupieniu na pokonywaniu kolejnych kilometrów nie spojrzałem gdzie Dawid. Odwracam się, wypatruję i nie widzę, pewnie za chwile mnie dogodni. Mam już pewnie około 10-12 km do mety i mój umysł zaczyna kalkulować. Jestem świadom, że bieg układa się naprawdę dużo lepiej niż mógłbym założyć, a co najważniejsze bez żadnych przygód. Po tym jak nie szło w czasie przygotowań idealnie i według planu, jestem w stanie osiągnąć to co założyłem sobie w momencie, kiedy dowiedziałem się, że wystartuję w 3 edycji. Wiem też, które mniej więcej zajmuję miejsce i że przed sobą mam Magdę ze sporą przewagą, a za sobą poza Dawidem, który pewnie jest tuż za mną, jest wystarczająca przewaga nad kolejnymi biegaczami. Mijam Waksmudzką, ostatni żel i lecę dalej, nie biegnie się łatwo, ale wiem, że to już praktycznie końcówka i dotarcie do mety to tylko formalność. Ile mogę biegnę, naprawdę jestem zdziwiony swoją dyspozycją i tym, że na tym etapie biegu jestem jeszcze w stanie tak machać nogami. Docieram do Psiej Trawki tam sporo osób, jest też znajomy Marcin, który w każdej edycji jest sędzią na tym punkcie. Zawsze miło zobaczyć znajomą twarz. Popijam swój magiczny syrop, który jest tak słodki, że aż mnie mdli, ale wiem że daje małe potrzebne kopy energii. Ostatnie podejście, trzeba zdobyć Polanę Kopieniec i już można powiedzieć z górki. Jednak w tym momencie zaczyna padać, padać to chyba za słabe słowo, bo to chyba jednak ulewa i lepiej będzie jak napiszę zaczyna lać. Przez chwilę fajne orzeźwienie, ale po kilku minutach wiem, że ostatnie kilometry to będzie masakra. Myśle też o osobach, które biegną za mną, te osoby które są teraz na Krzyżnym czy zbiegają z Doliny Pięciu Stawów, przecież tam musi być dopiero dramat. Dla mnie małym dramatem jest zbieg po mega kamienistej drodze z Polany Kopieniec, jest ślisko i tak jakby ktoś wyłączył światło. To już ten moment gdzie w głowie pojawiają się myśli, po co to wszystko, dlaczego itp…Jak po co, dla przygody, dla sprawdzenia swoich możliwości, bo kim jest człowiek bez pasji, no kim? Więc to wszystko pcha mnie do przodu, do Nosalowej Przełęczy, do ostatniego zbiegu, do ostaniej walki z turystami, do Kuźnic i w końcu na stadion COSu. A tam upragniona meta, gdzie czekają najlepsze kibicki na świecie Anna i Anna jr. Dawid wbiega po kilkunastu sekundach, gonił mnie mocno na końcówce odzyskał siły, ja byłem już chyba mocno zmęczony i nie zauważyłem kolegi 🙁 Szkoda, bo fajnie jakby zieloni biegacze wbiegli razem na metę. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko się cieszyć, że bieg, którego się tak bałem, udało się pokonać bez żadnych przygód, bez większego cierpienia i mega kryzysów, osiągając czas który przed biegiem wydawał się nierealny. 11:08:11 to czas spędzony na trasie co dało mi 11 miejsce open, gratulacje Magda jesteś wielka. Zostałem też 10 facetem Mistrzostw Polski w Skyrunningu na długim dystansie i 4 w kategorii Masters. Niby nic, ale dla mnie coś tam małego jest. Jak na byłego deskorolkowca, który kawałek drewna zamienił na buty biegowe to mała radocha jest.

Gratulację dla wszystkich którzy ukończyli bieg i którzy pokonali swoje słabości, każdy maił swoją walkę i to jest mega fajne w takich biegach. Dziękuję rodzinie za wsparcie i tolerowanie mojej pasji :). Dziękuję również moim partnerom, za wsparcie mojej osoby: Natural Born Runners, Newline Polska, CamelBak Polska, Squeezy Polska, ZmianyZmiany, GoPro Polska, Willa Jagniątków, Pensjonat Weranda i Core Clinic wielka piątka dla was :).

Zdjęcia autorstwa: B. Krzeniewski, J. Daneka, J. Haręza, R. Zabel, P. Staszewski, M. Stawiszynska – dziękuję :).