Czas na krótsze bieganie

Po Chojnik Maratonie zaczęło mnie pobolewać lewe kolano. Przyznam się, że chyba od kiedy biegam nie pamiętam, żeby mnie coś dłużej bolało. Dało to oczywiście do myślenia, nie żebym rezygnował z treningów, ale na pewno zmniejszyłem ich intensywność. Pojawił się też pomysł żeby odpuścić start w biegu 3 x Śnieżka na długim dystansie  i przepisać się na dystans mini czyli 17 km. Po chwili zastanowienia wysłałem odpowiednią prośbę do organizatorów o zminę dystansu.

Krótki sprawdzian – tydzień przed startem w Karpaczu, wybrałem się na Poznański Hipodrom Wolna, gdzie wystartowałem w biegu przełajowym na 4 km. Miał to być test dla mojego kolana w terenie i w miarę dynamicznym biegu. Muszę pochwalić chłopaków, którzy wyznaczali trasę, była naprawdę fajna. Biegło się super i udało się dobiec do mety na 2 miejscu. Co prawda kilka osób pomyliło trasę, bardziej jej końcówkę i było trochę zamieszania, ale moja pozycja w ostateczności była taka jaka miała być.

Raz Śnieżka – do Karpacza wybraliśmy się super autem Mateusza, dotarliśmy dosyć późno w piątek, zaparkowaliśmy na polu namiotowym i poszliśmy spać w samochodzie, który jest mega wygodny i komfortowy. Dodam tylko, że nie był to Camper a wypasiona wersja T6. Sobota rano szybkie śniadania i idziemy z Mateuszem odebrać pakiety. Rozgrzewka, spotykam kilka znajomych osób i na start. Start dla wszystkich trzech dystansów jest wspólny. Na dystansie średnim odbywały się mistrzostwa Polski. Chłopaki i dziewczyny mocno ruszyli do przodu, mega mocne tempo, przyznam że byłem w szoku. Ale przecież ja biegnę krótki dystans, więc nie mogę jakoś zostawać z tyłu. Nie, nie z czołówką na pewno się nie zabieram, nie, to nie ten poziom. Początek czarnym szlakiem za Szerokim Mostem i już wszystko zaczyna się delikatnie kształtować. Ja biegnę z dziewczynami z dystansu średniego, ale one widać podkręcają tempo, w końcu mają między sobą rozgrywkę o medale :). Delikatnie odpuszczam, nie wiem do końca jak rozłożyć siły, tak naprawdę to jest pierwszy taki krótki bieg w górach w moich startach górskich. Na początku przygody z górami biegłem Złoty Półmaraton podczas pierwszej edycji DFBG w 2013 roku, ale wówczas byłem raczej raczkującym biegaczem górskim. Teraz nie uważam się za orła, ale jakieś doświadczenie zebrałem. Mimo to i tak  nie wiedziałem jak dobrać tempo. Stwierdziłem, że biegnę swoje a co będzie czas pokaże. Na początku podejścia na Czarny Grzbiet dogania mnie Paweł Kaszyca. Każdy z nas wiedział kim jest ten drugi, ale nie było okazji się wcześniej poznać. Chwilę rozmawiamy, później zaczyna się moment mocniejszego biegania i docieram do Drogi Jubileuszowej. Tam już widać  pierwszych zbiegających. Widzę same czerwone numery, czyli dystans średni. Kilka znajomych twarzy. Jest pierwszy numer żółty, moja trasa. To Piotrek Hercog, ktoś wspominał że miał biec, ale nie widziałem go na starcie. Może dlatego, że jak się później okazało, staliśmy na dwóch różnych końcach. Jest Śnieżka i zaczyna się drugi fragment biegu, czyli w dół. Początek po niezbyt wygodnych kocich łbach, ale nie raz przecież tu zbiegałem. Biegnąc w dół obserwuję tych co wdrapują się na Śnieżkę, jest kolejny żółty numer, ale niespodzianka, to Krzysiek któremu pomagam w treningach od grudnia. Ekstra, dopinguję go i zaczynam lecieć w dół. Widząc ile miałem starty do Piotrka na górze, wiem że mało realne będzie nawiązać z nim walkę. Muszę się skupić na swoim zbiegu. Przy okazji udaje mi się też wyprzedzić kilku zawodników z innych tras. Mam z kim biec i na pewno będzie łatwiej dotrzeć do Karpacza. Za Kopą zaczyna się krótki fragment technicznego zbiegu, ale on ma pewnie tylko z 500 metrów, a później już klepanie szutrówką w dół, oj stopy tego nie lubią, ale co zrobić jak nic nie można zrobić. W połowie zbiegu spotykam Martynę i Benka, którzy rano wbiegali na Śnieżkę a teraz kibicują. Jest stacja wyciągu, z którą mam mnóstwo wspomnień z czasów snowboardu, można by niezły wpis pewnie zrobić. Jest i Biały Jar i końcówka po asfalcie. Zaczynam już widzieć czołówkę biegu średniego, naprawdę dają młode chłopaki mocno. Ostanie metry na deptaku, fajna atmosfera, sporo turytów, jest głośno i jest meta. Na mecie przybijam piątkę z Piotrem i szybko wracam na trasę, żeby sprawdzić czy Krzysiek utrzymał swoją pozycję.
Mija kilka minut i pojawia się Krzychu, krzyczę, dopinguję i biegnę za nim na metę. Gratulację, naprawdę miłe uczucie kiedy osoba, której pomagasz będzie z tobą na podium. Mega fajne uczucie, brawo Krzychu. Biegnę oddać kamizelkę do depozytu, biorę tylko butelkę i ruszam na trasę żeby wspierać tych co biegną. Na trasie mnóstwo biegaczy, jedni w górę inni w dół, różne kolory numerów, dzieje się. Idę na czarny szlak, czyli tam gdzie będzie zbiegać czołówka dystansu średniego. Już nie będę się rozpisywał, kto, co i jak, ale drugie kółko pokazało, kto umie i kto ma już jakieś doświadczenie w górach, bo tempo na pierwszej pętli było naprawdę mega mocne. Podsumowując, bieg bez większej historii, kolano dało radę, a to najważniejsze. Trasa biegu, no cóż nie będę nikogo ściemniał,  nie  jest jakaś urozmaicona i techniczna, po prostu raz Śnieżka :). Za to klimat i organizacja na wysokim poziomie. Oby tak dalej.

Meta na Szczelińcu – po powrocie z Karpacza całą naszą rodziną udaliśmy się do Wrocławia. Dzieci miały obiecane zwiedzanie Zoo z Afrykanarium. Polecam tym co nie byli, fajna wycieczka dla rodziny. Podczas tego pobytu narodził się w mojej głowie pomysł wystartowania w Półmaratonie Gór Stołowych. Nigdy nie byłem na SGS, a w tym roku krótszy dystans, który może być kolejnym sprawdzianem. Tutaj muszę podziękować Bartkowi ze Squeezy Polska i Piotrowi Hercogowi za sprawne załatwienie spraw z pakietem. Nocleg z ekipą City Trail też był dużym plusem. Zawsze kolejna okazja do spotkania i podocinania sobie, co nie młode chłopaki? W sobotę dzień wolny, była okazja pokibicować tym co startowali w SGS. Z Karłowa mieliśmy z Anią pójść do Pasterki. Nie wiem skąd i dlaczego w mojej głowie pojawił się pomysł, że do Pasterki najbliższa droga prowadzi przez Szczeliniec :). Tak zabawne, ale dużo mi to dało następnego dnia, kiedy pokonywałem końcówkę biegu wiedząc już, co spotka mnie za chwilę.

W końcu dotarliśmy do Pasterki, chwila i zaczynają wbiegać. Mnie tak nosiło, że wybrałem się naprzeciwko, przy okazji przypomniałem sobie trasę Garmin Ultra Race. Tak pokonałem fragment trasy z Benkiem, Szmajchelem i Dybolem. Fajnie jest takie aktywne kibicowanie, bardzo lubię, tylko trzeba pamietać, że nie można za bardzo się wczuć, bo na drugi dzień ma się swój start. Chłopaki dzielnie pokonały trasę, wieczorem ceremonia zakończenia i trzeba iść spać. Bo w niedzielę ja razem z Martną i Justyną mierzymy się z trasą Light. W nocy spadło sporo deszczu, było wiadomo, że będzie ślisko i błotniście a momentami pewnie sporo wody na szlaku. Później się okazało, że tak właśnie było na trasie. No to poszli, start mocny, wiedziałem że jak chcę powalczyć nie mogę odpuścić na początku, szczególnie że Szmajchel mi wspominał, że po odcinku polany będzie mocne zwężenie. Tempo dosyć mocne, ale nie jakieś powalające. Pierwsze zbiegi i jest mega ślisko, jakoś trzeba to jednak zbiegać. Na pierwszych 2-3km mocne tasowanie, praktycznie do pierwszego podbiegu. Tam już zaczyna się wszystko układać. Na pierwszy punkt odżywczy wpadam jako piaty, odbieram butelkę od Ani z wcześniej przygotowanymi żelami i biegnę dalej. Teraz odcinek bardziej płaski, przed sobą mam chłopaka z czerwonej koszulce. Tempo około 4:40-45, wydaje mi się, że za chwilę się zrównamy, ale nie daję rady. Zaczyna się szybki zbieg w dół, fajny urozmaicony, taki jak lubię. Staram się więc przycisnąć, ale tak żeby nie zaliczyć jakieś koszmarnej gleby. Docieram do szutrowej drogi, która delikatnie prowadzi w górę, wbiegam, nie jest łatwo, ale  trzeba walczyć. Odbicie w prawo na szlak, który prowadzi w kierunku Błędnych Skał, tu już nie widzę czerwonej koszulki, ale słyszę głosy z tyłu. Jest ciężko, ten fragment mnie trochę wyprostował, w głowie już wiele różnych myśli, tak jak to bywa podczas walki z własnymi słabościami. Staram się je ignorować i walczyć dalej. Wpadam na kolejny punkt odżywczy, dolewam izotonik i ruszam dalej. Za mną już kolejni biegacze, kurde, nie dość że tamten mi uciekł to jeszcze następni mnie gonia. No co ty Słonik, przecież na tym polegają biegi, a no tak, faktycznie, gapa ze mnie :). Zaczyna się w miarę płaski odcinek, ale z dużą ilością wody, momentami cały szlak jest w wodzie. W butach już pływam, jeszcze coś z nieba leci, pogoda bajka. Na dłuższym prostym odcinku dostrzegam czerwoną koszulką, szybka myśl może się uda, ale od razu sprowadzenie do parteru, ty lepiej uciekaj. No to uciekam, to już ostatni zbieg, zbieg jaki lubię, sporo kamieni i korzeni. Jak nie teraz to kiedy? Ruszam mocno w dół, mając w głowie słowa Dybola z dnia wcześniejszego „pamiętaj są dwa uda, albo się udo albo nie” No to może się udo. Przed wbiegnięciem na asfalt, stoi grupka dziewczyn, jedna krzyknęła do mnie Zapier….. dogonisz go jeszcze. Szok, no co miałem zrobić to zapier…..:).Przed wbiegnięciu na asfalt, spotykam Radka i jego żonę, szybka piątka i podkręcam tempo. Staram się utrzymać tempo w okolicy 3:50-4:00, przecież dam radę, mam jeszcze trochę sił. Wiem że czeka mnie jeszcze wejście na Szczeliniec, ale dam radę. Koszulka czerwona jest cały czas z przodu i mnie mobilizuje. Ogon chyba udało się zgubić. Jest już końcówka, są schody a podobno 665 schodów i będzie meta. Ludzie krzyczą, że mam go gonić, że dam radę, że będę trzeci. Trzeci jak to trzeci? Teraz chyba to nie jest ważne. Trzeba walczyć. W monecie wbiegnięcia na schody, stało się coś magicznego, uwolniły się jakieś zapasowe moce. Szok, skąd te siły, chwilę póżniej zrównuję się z chłopakiem którego gonię chyba z 15 km, delikatnie z lewej strony wyprzedzam go, słyszę wymowne „k…. nie teraz”, i czekam na odbicie ataku. Jednak nic się nie dzieje, biegnę swoje. Około 100 metrów do mety stoi ekipa City Trail, słyszę dawaj Konik, dawaj, tak tak Konik nie Słonik, a dlaczego zapytajcie ich….jest schronisko na Szczelińcu i jest mój najwierniejszy kibic Ania. Wpadam na metę jako trzeci zawodnik, na mecie jest już dwójka Czechów mocarzy. Staram się dowiedzieć jak się stało, że jestem trzeci, okazało się, że jeden chłopak delikatnie zgubił trasę i z trzeciej pozycji spadł na szóstą. No cóż miałem nie raz tak samo, ktoś się smuci inny się cieszy. W tym momencie to jak się cieszyłem z  wywalczonego miejsca i z tego ze nie odpuściłem i walczyłem do końca, co się opłaciło. Trasa biegu mega ciekawa i urozmaicona, naprawdę bomba, organizacja również super, może za rok wrócę, w końcu są dwie trasy do wyboru.

Biegi krótsze w górach również mają swoją magię i na pewno większą dynamikę. W momencie kiedy bieganie ultra stało się mocno popularne ja osobiście nie widzę siebie na trasie powyżej 100km i może niech na razie tak zostanie. Więc nie ograniczajcie się do samych długich dystansów a starajcie się je urozmaicić.

Zdjecia: T. Błachowicz, Biegający Foto, R. Urbaniak, Tu Mieszka Agnieszka, I. Gajewska,  P. Dymus, Horowski, H. Szyc-Langner – dziękuję bardzo.

Natural Born Runners, New Line Polska, CamelBak Polska, Squeeze Polska, ZmianyZmiany, GoPro Polska, Willa Jagniątków, Pensjonat Weranda – dziękuję za wsparcie :).

Bieg 4 na Woli – miejsce open 2/106

3 x Śnieżka trasa Mini – miejsce open 2/327

Półmaraton Gór Stołowych – miejsce open 3/231