Bieg Rzeźnika po raz trzeci

logo_b_rzeznikaTeraz mogę się przyznać, że już przed biegiem miałem ten pomysł. Chciałem żeby relację z tego biegu napisał mój biegowy partner Robert. W końcu to razem zaciskamy zęby, razem cierpimy, razem się wspieramy i razem dobiegam do mety. Ktoś powie – ale to Twój blog – no tak mój, ale dlaczego nie może być raz inaczej. Przeczytać relację tej osoby, która przez prawie 80 km jest obok mnie. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie jest to bardzo fajna sprawa :).

Zapraszam na relację z 12 biegu Rzeźnika widzianą oczami mojego partnera z trasy Roberta, chłopak się trochę rozpisał, ale też było o czym. W końcu to prawie 80 km przygód, których nie brakowało.

Przygotowania – po ubiegłorocznym, zaskakującym nas wyniku w Biegu Rzeźnika (9:13  i 8 miejsce open) już w drodze powrotnej z Bieszczad zastanawialiśmy się co można zrobić, żeby złamać magiczną barierę 9 godzin. Wtedy naszym celem było złamanie 10 godzin i zajęcie miejsca w pierwszej dziesiątce. Oba cele udało się zrealizować, a ten czasowy z dużą nawiązką co spowodowało, że apetyty wzrosły. Słonik był zdecydowany od samego początku, że chce wystartować w kolejnym Rzeźniku, ale mnie ten pomysł nie do końca się podobał. Bardzo lubię góry, uwielbiam szybkie zbiegi, ale wiem, że zawody na takim dystansie i przy walce o jak najlepszy czas, to przede wszystkim cierpienie, wiele kryzysów, walka z samym sobą w głowie i pełna koncentracja przez wiele godzin. Każdy drobny błąd na zbiegu, zwłaszcza gdy ma się w nogach kilkadziesiąt kilometrów, może skończyć się poważnym urazem.b_rzeznika_2Wiedziałem, że Słonik miał duże ciśnienie na ten start. Gdy widział moje niezdecydowanie, zaczął szukać dla siebie nowego partnera, ale koniec końców postanowiłem, że podejmę jeszcze raz wyzwanie. Niestety w losowaniu pakietów startowych nam się nie poszczęściło (niestety organizator nie promuje zawodników, którzy osiągnęli w latach ubiegłych dobre czasy – nasz z 2014 roku był 13 czasem w całej historii Biegu Rzeźnika), ale z pomocą przyszła nam ekipa City Trail, w której barwach pobiegliśmy jako City Trail Team 2, za co bardzo im dziękujemy. Nasze przygotowania do tego biegu, to był przede wszystkim trening pod wiosenny start w maratonie. Oczywiście po drodze były też zawody kontrolne na 10 km i w półmaratonie w Poznaniu. W maratonie startowaliśmy tego samego dnia, Słonik w Warszawie, ja w Hamburgu. Dla mnie porażką zakończył się półmaraton, w którym popełniłem zbyt wiele błędów, żeby zrobić dobry czas po dobrym przygotowaniu. Start na 10 km i w maratonie zakończyły się sukcesem, w obu ustanowiłem swoje rekordy życiowe. Słonik zszedł z trasy Orlen Maratonu, co się niestety zdaża jak coś nie zagra, a miało się ambitne plany i wiadomo, że nie jest się w stanie ich zrealizować. To nie był zbyt dobry sygnał przed startem w Rzeźniku, ale zdawałem sobie sprawę, że bieg ultra w górach rządzi się swoimi prawami. Po naszych startach w maratonie przyszedł czas ma przygotowanie się do drugiego akcentu tej wiosny, czyli Biegu Rzeźnika. To było niecałe 6 tygodni, ale korzystając z doświadczenia jakie zebraliśmy rok wcześniej, także w tym roku postanowiliśmy udać się na krótkie przygotowania w góry, w najbliższe nam Karkonosze. To były 4 dni intensywnego biegania po trudnych, kamienistych szlakach, w trakcie których 3 razy wbiegaliśmy na Śnieżkę robiąc przy tym łącznie ponad 110 km. Te 4 dni w górach dały mi mocno w kość. Słonik czuł się rewelacyjnie, ja wprost przeciwnie. Doskwierał mi straszny ból mięśni czworogłowych ud, co uniemożliwiało bardzo szybkie zbiegi. Czułem, że plan jaki zakładaliśmy na Rzeźnika może się nie udać, ale nie mówiłem o tym głośno. Jakby tego było mało, na ostatnim treningu podczas zbiegu czeskim szlakiem ze Śnieżki potknąłem się o korzeń i wylądowałem na kolejnych, uderzając w nie bardzo mocno kolanem. Z Karkonoszy wracałem więc z mocno stłuczonym, spuchniętym i bolącym kolanem. Wtedy sobie pomyślałem, że całe przygotowania na marne. Do startu pozostawały niecałe 2 tygodnie, a tu coś takiego. W takim wypadku pozostało mi już tylko odpoczywać i liczyć na to, że ból przejdzie, a staw będzie w pełni sprawny, żeby poradzić sobie z prawie 80-ma kilometrami biegu w Bieszczadach.rzeznik_wasyl_1Do Cisnej udaliśmy się już w poniedziałek z naszymi Aniami. Tym razem postanowiliśmy też coś zobaczyć poza szlakiem w trakcie biegu. Dziewczynom chyba też się podobało, że nie wszystko kręci się tylko wokół biegania. Umówiliśmy się, że tym razem będą kibicować nam w Cisnej, później pojadą do Berehów i na koniec odbiorą nas na mecie w Ustrzykach. We wtorek zrobiliśmy jeszcze krótki rozruch po okolicy przypominając sobie jak wygląda zbieg pod starym wyciągiem pod Honem, żeby później już tylko odpoczywać do startu. Założenia na bieg mieliśmy proste. Przede wszystkim złamać 9 godzin, spędzając jak najmniej czasu na przepakach i zająć miejsce w pierwszej piątce. Wiedzieliśmy, że w tym roku obsada biegu nie jest najsilniejsza i czołówka jest w naszym zasięgu, dlatego ja podkręcałem cały czas atmosferę mówiąc, że walczymy o zwycięstwo. Wieczór przed startem przygotowaliśmy nasze przepaki i plecaki. Wiedziałem, że na takim dystansie mój organizm nie przyjmuje zbyt wiele do jedzenia, dlatego zaopatrzyłem się tylko w żele i kilka miękkich batonów, których nie trzeba za bardzo gryźć. Na przepaki miałem swoje wypełnione butelki z wodą i izotonikiem oraz obowiązkowo colę. Dodatkowo w razie nieprzewidzianych sytuacji na trasie, wrzuciłem do worków koszulki i skarpetki na przebranie. W plecaku oczywiście kurtka, rękawiczki, buff, 3 żele i napoje. Przygotowaliśmy sobie jeszcze plan z naszymi czasami z zeszłego roku i ekipy, która złamała 9 godzin, a Słonik przykleił go na swój bidon. Byliśmy już przygotowani, więc pozostało jeszcze spróbować się zdrzemnąć przez 3 godziny.

Z nieba do piekła – pobudka o godzinie 1 w nocy nie należy do zbyt przyjemnych zwłaszcza, gdy ma się przed sobą prawie 80 km biegania po górach. Szybkie śniadanie (u mnie obowiązkowo nutella, Słonik masło orzechowe plus truskawkowa konfitura), ciuchy, buty, plecak, chip zamontowany, numer też, zegarek na rękę, telefon do kieszeni, banan do ręki, czołówka na głowę i możemy lecieć na autobus, który odjeżdżał o 1:30 do Komańczy. Na miejscu mieliśmy jeszcze niecałe pół godziny do startu. Było dość chłodno, więc zrobiliśmy lekki rozruch, był też czas na potrzeby fizjologiczne. Udaliśmy się na linię startu, tam już była reszta ekipy City Trail. Szybkie wspólne zdjęcie i można było ustawić się w pierwszej linii. Po wystrzale jak zawsze duża grupa ludzi ruszyła bardzo mocno, ale my robiliśmy swoje, zaczęliśmy dość spokojnie trzymając w zasięgu ekipę City Trail Team 1 (Piotr Bętkowski i Piotr Książkiewicz), z którą mieliśmy cichą rywalizację. Po ok. 2 km biegliśmy już ramię w ramię na ok. 5-6 pozycji mając w zasięgu wzroku całą czołówkę biegu, a za nami prawie 700 par i rzeka światła z czołówek. Przed 6 km wyprzedziła nas para Rafał Bielawa i Dominik Kaczorek, a chwilę później nastąpił kluczowy moment dla nas w tym biegu. To właśnie w tamtym miejscu powinniśmy wbiec w lewo na czerwony szlak. My jednak sugerując się parą przed nami, która pobiegła prosto i utwierdzając się w przekonaniu rozmawiając między sobą o odprawie, która odbyła się dzień wcześniej, byliśmy przekonani, że biegniemy prawidłową trasą i za chwilę będzie kolejne odbicie na szlak. Gdy dotarliśmy do rzeki, wiedzieliśmy już, że popełniliśmy błąd. Nie wiedzieliśmy co robić, adrenalina związana ze startem spadła, pojawiły się nerwy. Byłem wściekły, że w taki sposób prawdopodobnie zakończymy nasz udział w tym biegu. Tyle przygotowań, 700 km jazdy, tylko po to, żeby zrobić sobie dłuższy trening w górach i zakończyć go nad ranem. Jakby tego było mało, w telefonach nie mieliśmy zasięgu, nie można było sprawdzić mapy w internecie, ani zadzwonić do organizatorów. Postanowiliśmy, że biegniemy tak długo jak będzie prowadziła droga i może jakimś cudem pojawi się w końcu wejście na szlak. Po drodze 4 razy musieliśmy przebijać się przez rzekę, przemaczając doszczętnie buty. W pewnym momencie zobaczyliśmy w oddali samochody, wiedzieliśmy już, że docieramy do przełęczy Żebrak, ale nie szlakiem, a trasą alternatywną. Na pewno była to trasa nieco łatwiejsza, cała asfaltowa, ale dłuższa od tej wytyczonej szlakiem. Na punkt dotarliśmy po 1h i 25 minutach. Jakieś 5 minut straciliśmy na dogadywanie z organizatorem co mamy robić dalej. Na punkcie zameldowaliśmy się jako pierwsze 2 pary i ruszyliśmy dalej, czerwonym szlakiem, w kierunku Cisnej nie wiedząc co będzie z nami dalej. b_rzeznika_6W najgorszym scenariuszu mogliśmy zostać zdyskwalifikowani, mogliśmy też dostać karę. Nie wiedzieliśmy nic, ruszyliśmy tylko do przodu, wiedząc tyle, że już dobrą drogą. Czekały nas 2 podejścia i później zbieg do Cisnej. Ten etap był naprawdę mocny. Na podejściach mocno ciągnął Piotr Bętkowski z bratniej ekipy. Widoki były piękne, słońce wschodziło, ale nie można było się zbyt długo napawać pięknem gór o świcie. Musieliśmy napierać. Płaskie odcinki i zbiegi były szybkie, podejścia żwawe. Dotarliśmy do wyciągu pod Honem, pamiętaliśmy z poprzedniego roku, że ten zbieg jest dość karkołomny, ale udało się go pokonać bez większych trudności. Byliśmy już w Cisnej i czekał nas zbieg asfaltem na przepak na Orliku. Nogi niosły niesamowicie, tempo w okolicach 4:00/km. Z daleka zobaczyliśmy nasze Anie, w tym roku nie spóźniły się, żeby nam kibicować. Trochę były zdziwione, że tak wcześnie jesteśmy, nie wiedziały jeszcze, że popełniliśmy błąd w początkowej fazie biegu. Mimo wszystko cieszyliśmy się, że to właśnie my prowadzimy w tym legendarnym biegu. Bardzo miłe uczucie, wbiegać do Cisnej na prowadzeniu. Ten odcinek (Żebrak – Cisna) pokonaliśmy o 10 minut szybciej niż przed rokiem. Na przepaku niestety nie otrzymujemy informacji co z nami będzie dalej, wiemy tylko tyle, że mamy biec dalej, bo trasa którędy pobiegliśmy będzie analizowana. Wbiegamy na przepak, gdzie spędzamy trochę więcej czasu niż zaplanowaliśmy. Uciekają nam Szmajchel i Benek, ale my robimy swoje. Jeszcze na moście w Cisnej czekają nasze dziewczyny z gorącym dopingiem. To zawsze pomaga.

Kryzys? Jaki kryzys? – na przepaku pakuję łącznie 2 litry płynów, w tym pół litra coli. Od razu za przepakiem czeka długie podejście pod Małe Jasło i Jasło. Wiemy, że nie będzie lekko. Tutaj zaczynam odczuwać pierwsze problemy z żołądkiem. Podchodzi mi się naprawdę ciężko, ale zagryzam zęby i napieram, bo wiem, że nie odpowiadam tutaj tylko za siebie. Za Fereczatą zaczyna się dosyć trudny i długi zbieg. Wiemy, że musimy na nim trochę przycisnąć. Za zbiegiem zaczyna się droga Mirka, kilkukilometrowa asfaltowa trasa prowadząca lekko z górki, na której można naprawdę dużo stracić. W tym miejscu rok temu wyprzedziliśmy 2 ekipy, które przeżywały ostry kryzys i zamiast biec maszerowały. Pamiętałem też, że ostatnio to właśnie tutaj Słonik miał swój kryzys i ratowałem go swoim żelem, bo zaczynało go odcinać. Teraz ja nie czułem się najlepiej, ale wiedziałem, że musimy utrzymywać szybkie tempo. Miałem myśli, żeby przejść w marsz. Jak się później okazało, Słonik też o tym myślał, znowu miał zjazd. Na szczęście żaden z nas nie powiedział głośno, że coś jest nie tak i mogliśmy kontynuować bieg w tempie ok. 4:30/km.Smerek_Słonik_Robert Momentami było nawet szybciej, ale Słonik zaraz stopował, a ja się nakręcałem, bo przecież Benek i Szmajchel to bardzo dobrzy biegacze uliczni i tutaj mogli sobie zrobić nad nami dużą przewagę. Na tym odcinku (Cisna – Smerek) straciliśmy 9 minut do prowadzącej ekipy, ale też nie było tak źle jak mi się wydawało, poprawiliśmy się tutaj o 10 minut w stosunku do zeszłego roku. Dobiegając na przepak dowiedzieliśmy się, że nie zostaniemy zdyskalifikowani, tylko dostaniemy karę, ale nadal nie wiedzieliśmy jaką. Znowu trochę za dłużo czasu spędzieliśmy na przepaku. Ja zapakowałem to co poprzednio, Słonik uzupełnij swoje bidony i ruszyliśmy.

Walka – ten odcinek był dla mnie koszmarem. Tutaj mój żołądek cały czas nie pracował poprawnie. Na podejściu pod Smerek czułem się jak wielbłąd. Zabrałem ze sobą za dużo napojów, byłem przeładowany, a w takim stanie wszystko przeszkadza. Słonik na podejściach był zawsze mocny i tutaj było tak samo. Mocno ciągnął do przodu, a ja człapałem z tyłu. To tutaj miałem największy i najdłuższy kryzys podczas tego biegu. Przestałem wierzyć w to, że uda nam się złamać 9h. Powiedziałem też Słonikowi, że jak będzie chciał kiedyś złamać 9h, to niech znajdzie sobie innego partnera 😉 Nie było już ze mną dobrze. W trakcie podejścia dowiedzieliśmy się, że 10 minut za nami jest Magda Łączak z Pawłem Dybkiem, a 11 minut traci do nas ekipa The North Face. Podchodząc pod Smerek poczułem pierwsze objawy skurczów mięśni dwugłowych ud. Musiałem zacząć się pobudzać do walki. W tym czasie to ja prowadziłem, bo miałem wolniejsze tempo. Słonik kontrolował to, co dzieje się za nami. Z daleka widział mocno napierających pod górę ekipę Salomon Suunto. Dogonili nas na podejściu pod Osadzki Wierch. Chwilę porozmawialiśmy, wyjaśniliśmy przyczyny naszej pomyłki na początku. Życzyliśmy im powodzenia w dalszej walce, a oni ruszyli w swoim tempie dalej. W tym momencie spadliśmy na 3 miejsce. Miałem już dość. Cały czas czekałem, aż ukaże się naszym oczom Chatka Puchatka, za którą czekał nas zbieg na ostatni punkt w Berehach. b_rzeznika_7
To jest też takie miejsce, gdzie zawsze jest dużo dopingujących turystów, co w ciężkich chwilach bardzo pomaga. Na płaskich odcinkach i zbiegach odżywałem. Chociaż tutaj zbieg nie jest zbyt łatwy. Pojawia się wiele schodów nierówno ułożonych, często obłoconych. Od razu przypomniały mi się nasze przygotowania w Karkonoszach, które zdecydowanie pomogły nam w adaptacji do takiej nawierzchni. Dotarliśmy do Berehów Górnych na 3 pozycji. Ku naszemu zdziwieniu na punkcie była ekipa City Trail Team 1, która miała nad nami dość dużą już przewagę (ok. 15 minut). Pierwsze co pomyślałem jak ich zobaczyłem, to to, że zostali jednak zdyskalifikowani za nasz wspólny błąd w początkowej fazie biegu. Co za tym idzie, my również zakończylibyśmy bieg w tym miejscu. Po chwili od wbiegnięcia na punkt otrzymaliśmy informację, że to właśnie tutaj musimy odbyć naszą karę 30 minut postoju.

Ogień – początkowo byliśmy wściekli. Oberwało się mocno wolontariuszom, którzy przekazali nam tę informację. Słonik nie przebierał w słowach, za co później przeprosił wszystkich. Ja poszedłem chwilę pogadać do dziewczyn, które za nami czekały. Czas na punkcie wykorzystałem na rozciąganie i przyjęcie magnezu na skórcze. Nie było mowy o rozsiadaniu się. Zostało nam 9 km do mety z podejściem na Połoninę Caryńską i czekanie na odbycie zasądzonej kary. Czekaliśmy na kolejne ekipy, żeby zobaczyć kogo będziemy musieli gonić. Po ok. 14 minutach przybiegła ekipa The North Face. Nie wyglądali zbyt dobrze, więc liczyliśmy na to, że uda się ich dogonić na połoninie. 16 minut później ruszyliśmy my. Otrzymaliśmy ogromny apluaz, jakbyśmy walczyli o zwycięstwo. Ruszyliśmy mocno, przestałem odczuwać problemy żołądkowe. Tutaj zaczął nam się ponownie wyścig w tym biegu. Trzeba było mocno napierać, żeby walczyć o podium. Słonik uspokajał, a ja chciałem lecieć mocniej. Powiedziałem, żeby wyszedł na prowadzenie i dyktował tempo, a ja się dostosuję. Na połoninie było już gorąco. Więcej wody wylewałem na siebie niż piłem. Tempo mieliśmy mocne, zdecydowanie lepsze niż w zeszłym roku, gdy to właśnie tutaj najbardziej cierpiałem. Na tym 9-cio kilometrowym odcinku nadrobiliśmy blisko 10 minut względem zeszłego roku. Niestety nie udało nam się dogonić 3 ekipy, która też tutaj odżyła i do końca walczyła o 2 miejsce. Ostatecznie ten odcinek pokonaliśmy najszybciej ze wszystkich ekip łamiąc przy tym magiczną dla nas barierę 9h i zajmując 4 miejsce.b_rzeznika_3

Epilog – ostateczny czas na mecie (wliczając w to 30 minut kary) to 8:57:21, 4 miejsce Open i 3 miejsce wśród par męskich, co pozwoliło nam stanąć na podium (scenie) podczas wieczornej dekoracji i cieszyć się statuetką z dzikami. Coś, co w zeszłym roku wydawało nam się nie do osiągnięcia, w tym roku przyszło nam łatwiej niż byśmy mogli się spodziewać. Ze swojej strony uważam, że gdyby nie błąd na początku i 30 minutowa kara postoju, moglibyśmy ukończyć ten bieg w czasie o 15 minut lepszym. Jak zwykle po zawodach powiedziałem, że to był mój ostatni udział w Rzeźniku, ale kto wie co przyniesie czas… Na pewno stać nas na o wiele lepszy wynik, a to zawsze kusi do zmierzenia się z tym wyzwaniem po raz kolejny. Dziękuję Słonikowi za świetną współpracę w trakcie biegu i przygotowań. Mojej Ani za wsparcie w trakcie przygotowań, doping w trakcie każdego mojego biegu i akceptacji dla mojej pasji. Remikowi Nowakowi za kolejny sezon przygotowań i cenne wskazówki, żeby wszystko było jak należy.dekoracja

Na koniec kilka słów od Słonika – tak samo jak rok temu, największy kryzys miałem na początku drogi Mika, nie wiem jak udało mi się z nim wygrać. Ten bieg na pewno był inny niż ten sprzed roku, cierpiałem chyba więcej razy, może nie były to jakieś niesamowite męki ale trzeba było z nimi walczyć. Wiem jedno, że był to kolejny etap i kolejne cenne doświadczenie w mojej przygodzie biegowej. Nie wiem kiedy wrócę na ten bieg, ale myślę, że na pewno wrócę żeby sobie coś udowodnić. Mam mały niedosyt przez te zawirowania na pierwszym etapie, ale cieszę się z tego, że nie odpuściliśmy, a na ostatnim etapie pokazaliśmy naprawdę pazur walki. Podziękowania dla Roberta za wspólną walkę, dla Ani za to że była ze mną, dla córek które w sercu były cały czas ze mną. Dla całej ekipy City Trail za wspólny wyjazd – było naprawdę fajowsko.

Miejsce open 4/634 miejsce w parch męskich 3/497

foto. festiwalbiegowy.pl, wasylfoto.pl, J.Grzywaczewska, A. Branicka

Podoba się Tobie ten wpis, Prześlij znajomym!