Bardziej świadomy ZUK

Mimo, że czuję się bardziej doświadczonym biegaczem niż rok temu, ten bieg był dla mnie dużą niewiadomą. Pytanie w  jakiej jestem dyspozycji nasuwa mi się chyba przed każdym startem. W tym biegu chyba jeszcze większą niewiadomą jest pogoda i warunki jakie będą panować w czasie wyścigu. Na pewno jechałem na ten bieg  jako bardziej świadomy tego co może mnie na trasie spotkać. Więcej treningów w górach, dawało mi większą pewność, ale nie oszukujmy się pewność nie biega, ale coś pewnie pomaga. Góry zimą czy na pewno to moja bajka…?

ZUK to dla mnie niesamowity klimat w biurze zawodów, przed biegiem, w trakcie biegu, no i oczywiście po biegu. Naprawdę byłem bardzo mocno zajarany jadąc do Karpacza. Droga w dobrym towarzystwie szybko minęła. Zakwaterowanie i po odbiór pakietu.Przygotowanie przedbiegowej porcji makaronu udało się sprawnie wykonać. Zdążyliśmy na prelekcję Piotra a później odprawa przedstartowa. Po odprawie zostaliśmy z Anią jeszcze na filmie o Tomku i czas spać. Spanie to może za dużo powiedziane, bo przecież ostatnia noc przed startem jest zawsze, jak dla mnie, bardziej odpoczynkiem niż mocnym snem. W głowie sporo myśli, jak będzie na trasie, ile dopadało śniegu, jaka będzie pogoda itp… Rano szybkie śniadanie i czas do biura okazać obowiązkowy ekwipunek. Autobusy już podstawione, ale okazuje się że jeszcze jeden musi dojechać. Załapuję się na ostatni, ale nie robi mi to żadnej różnicy. Po drodze miła pogawędka z Piotrem o życiu, dzieciach itp… Do Jakuszyc docieramy praktycznie kilka minut przed startem, szybkie WC i mega szybka wersja rozgrzewki i na start. Tam spotykam sporo znajomych i co, i start… Pogoda wydaje się przyzwoita, a w porównaniu do zeszłego roku wręcz boska.No to zaczynamy na zabawę i pierwszy bieg górski w tym roku. Czym dziś zaskoczy mnie trasa, czym zaskoczę się sam? Początek jak zawsze w moim wykonaniu rozsądny, ale cały czas z kontaktem z czołówką. Po wbiegnięciu na szlak na Halę Szrenicką biegnę z Krystianem i nie daję się ponieś fantazji. Z przodu kilka osób, ja realizuję swoje założenie. Po chwili z przodu odpada Tomek, przepuszcza nas mówiąc, że to nie jego dzień. Po kilkuset metrach wyprzedzam Krystiana, czuję że tempo, którym biegliśmy było za słabe dla mnie. Docierając na halę jestem lekko zdziwiony, że tak łatwo i szybko udaje się pokonać ten fragment. Przed biegiem zakładałem, że będzie on w całości biegowy, ale teraz i tak jestem zdziwiony. Przy schronisku pierwszy punkt, kubek herbaty i dalej. Tutaj wyprzedza mnie dwóch chłopaków, jeden z nich pyta mnie czy według mnie tempo jest mocne, odpowiadam, że tak, ale tak zakładałem. Za Szrenicą uciekają mi, zakładam że wiedzą co robią goniąc czołową czwórkę. Ja dalej swoje, jestem siódmy i kontroluję tempo. Docieramy do Śnieżnych Kotłów, tam spotykam Michała i Roberta, który jak zawsze robi super zdjęcie. Wiem, że ten odcinek będzie szybki i nie powinien stanowić problemu. Śniegu nie ma jakoś dużo, a wiatr praktycznie nieodczuwalny. Docieram do Przełęczy Karkonoskiej, w Odrodzeniu kolejny punkt. Tak jak zakładałem omijam go, zaczyna się podejście, tam zauważam, że jeden z wcześniej wymienionej dwójki zaczyna słabnąć. Chwilę za podejściem mijam go. Ten odcinek biegu, tak jak się spodziewałem jest ciężki, niewygodny trawers i świeży śnieg utrudniają bieg. Trzeba dotrwać do Słoneczników, może później będzie łatwiej, może…Jednak za Słonecznikami nie jest lepiej, sporo nawianego śniegu. Nie jest fajnie, nogi się rozjeżdżają, staram się nie tracić kontaktu z osobami przede mną. Chwile później zauważam, że osoby które są przede mną, to drugi chłopak z wcześniej wspomnianych i Miłosz. Za Spaloną Strażnicą zrównuję się z nimi, pytam Miłosza co się dzieje, słyszę że nie jest dobrze i że walczy strasznie. Mijam Dom Śląski, jest Ania, krzyczy do mnie, że mam 3 minuty starty do trzeciego. Zaczynam podejście na Śnieżkę, a w sumie zaczynamy razem z kolegą z wcześniejszej dwójki, Miłosz zostaje na punkcie odżywczym. Kolega na początku narzuca tempo, jednak już od połowy to ja prowadzę i idę swoje. 
Na Śnieżce spotykam Jacka Danek, który mówi mi że mam 30 sekund starty do Piotrka Hercoga, myśle, co się dzieje. Zbieg że Śnieżki jest szybki, zero lodu. Na wypłaszczeniu za Śnieżką spotykam Piotra, idącego pod prąd, mówi że odpuszcza bieg. Ja biegnę swoje, nogi niosą, miejscami sporo nawianego śniegu, ale nie robi mi to różnicy. Zbieg do Jelenki jak zawsze szybki i mega fajny. Teraz już szybko do Sowiej Przełączy i dalej na Okraj, wiem jednak, że sporo drogi jeszcze przede mną i to tej trudniejszej. Nogi niosą to trzeba korzystać, przed Okrajem widzę przed sobą Piotra Paszyńskiego, chwilę później spotykam Oleszaka i Żurka. Piotr O. robi zdjęcie i potwierdza, że niedaleko przed sobą mam drugiego zawodnika. Szok, co to się porobiło, no nic trzeba walczyć na ile sił wystarczy. Przed punktem na Przełączy Okraj jest takie małe obiegnięcie stoku narciarskiego, rzucam okiem, czy nie ma nikogo za mną, jest ok. Na punkcie uzupełniam colę, łyk izotonika i zaczyna się zbieg. Zbieg inny od pozostałych na tej trasie, idący wzdłuż strumyka a momentami przecinającego go. Wpadam kilka razy do mega zimnej wody, nie należy to do przyjemności, ale takie warunki. Za zbiegiem zaczyna się droga szutrowa, na początku jeszcze pokryta śniegiem, ale z czasem praktycznie czarna. Pamietam, że  rok temu była tu masakra, teraz można biec.Na długich prostych widzę Piotra przed sobą, to mnie mobilizuje do szybszego biegu. Jestem naprawdę z kilkadziesiąt metrów za nim. W głowie jednak kotłują się myśli, czy mocniej atakować, czy już teraz? Nie, może jeszcze nie, może utrzymać dystans do Jedlinki i póżniej zaatakować. Tak też robię, skręt w Kowarach i delikatnie pod górkę, trzymam tempo. Jest Jedlinka i zaczyna się żółty szlak marszem pod górę. Walczę i widzę, że Piotr mi ucieka, zbieram się w sobie i ile mogę biegnę a raczej truchtam, a jak kto woli truchtam świńskim truchtem. Jest ciężko, ale wiem, że też są za mną inni i w każdej chwili ktoś może się pojawić. Chwilę przed skrętem i przejściem nad strumykiem zastanawiam się co się stało z Miłoszem i już po kilku sekundach wiem…właśnie mnie wyprzedza. Kurde, Miłosz znowu, taka sama sytuacja była w Lądku, no nie, smutek i brak siły żeby nawiązać walkę. Przecież jeszcze nie ma Budników, czyli z 8km jak nic do mety. Chwilę później już go nie widziałem, zostałem sam z podejściem, momentami zmuszam się do biegu, ale łatwo nie jest. W końcu są Budniki, jest znowu droga delikatnie w dół, rozkręcam nogi i staram się biec poniżej 4 min na kilometr. Jakoś się udaje dotrzeć do Szerokiego Mostu, to już naprawdę końcówka. Jest już Karpacz, w dół, delikatnie w górę i znowu w dół i jest podbieg przy cmentarzu. W głowie mam cały czas sytuację z zeszłego roku jak Andrzej i Oskar dogonili mnie w końcówce, wówczas walka była do samej mety. Podbiegam ostatkami sił, jest Kolorowa, zbieg w dół i ostatnie metry deptaka w Karpaczu. Nie będę siebie a tym bardzie was ściemniał, że coś poszło nie tak. Miałem swój cel na ten bieg i przyznam się, że nie zakładał realnie takiego obrotu sprawy. W każdym razie plan został wykonany z zapasem, dlatego tylko się cieszyć i dążyć do tego, żeby kolejne starty również były równie udane. Może i była szansa powalczyć o podium, ale wiadomo, na spokojnie zawsze wydaje się inaczej, szkoda że podczas walki i bólu nie jest również tak optymistycznie. Do 3 Piotra ostatecznie straciłem niecałe 4 minuty, natomiast kolejny biegacz był za mną ponad 8 minut. Szkoda, że nie wiedziałem o tym na końcówce, gdzie walczyłem ze sobą mocno, a może i dobrze, w końcu trzeba gdzieś te swoje możliwości i głowę testować. Mój czas ostatecznie to 5:31:03. Przed biegiem wydawało mi się, że pobiegnięcie poniżej 6 godzin będzie ok. Teraz wiem, żeby było ok trzeba było dołożyć pół godziny. Cieszy mnie też fakt, że kolejny bieg udało się pobiec z głową, szczególnie początek. Realizowałem swoje i nie dałem się podnieść emocjom. Jest to na pewno dobry początek startów górskich i aby tak zostało. Meta to naprawdę magiczna strefa podczas biegu, tu wszystko wydaje się już inne, radość, miła atmosfera. Szkoda że mojej Ani nie udało się zdążyć na mój finisz, ale jak to mówiła przecież miałeś być chwilę później :). Fajnie, że deptak w Karpaczu żyje tym biegiem, a Patyczak dba o dobrą atmosferę i każdego biegacza wita w iście królewski sposób. Każdy ma przecież swoją metę, swój wyścig i swoje emocje, swoją walkę ze słabościami. Podczas zakończenia i dekoracji usłyszałem na swój temat sporo miłych rzeczy od kolegi Patyczaka, za które dziękuję. Jedyne co musze sprostować to to, że nie jestem właścicielem ZmianyZmiany, a są nimi Agata i Filip, a ja czuję się zaszczycony, że mogę być przez ich firmę wspierany. Ani i Agnieszce dziękuję za możliwość startu, doceniam to bardzo. Za rok  jestem gotowy do znakowania trasy, no chyba że jednak zdecyduję się znowu powalczyć i wystartować. Raz jeszcze napiszę, że atmosfera całej imprezy jest magiczna, kto nie był niech sam się przekona. Bieganie zimą zdecydowanie jest inne od tego letniego, co prawda, mimo udanego startu, mi chyba jednak bliżej do tego letniego. Dzięki też mojej Ani za kolejny wspólny wyjazd i całej ekipie za towarzystwo. Wszystkim którzy dobiegli do mety, pamiętajcie każdy ma swój wyścig i swoją walkę – piona dla was. Tak czy siak, za rok fajnie znowu będzie się wybrać do Karpacza i poczuć znowu tą atmosferę.

Wielkie dzięki za zdjęcia, chłopaki kawał dobrej roboty Robert i Paweł z BikeLife, Piotr Oleszak i BiegającyFoto.

Oczywiście też duża piona moim partnerom za to, że są ze mną: ZmianyZmiany, Squezzy Polska, X-socks Polska, GoPro Polska, Willa Jagniatków i oczywiście VegeRunners cały czas czuję się częścią tej grupy biegowej.

Miejsce open 4 / 336